czwartek, 1 grudnia 2016

Gruba kreska

Yangon (Birma), 24-26.11.2016

Przez dwa tygodnie Bangkok wycisnął z nas całą energię i ewidentnie nic dobrego nas tam nie czekało. Potrzebna nam była natychmiastowa zmiana otoczenia, odcięcie się grubą kreską od tego co było i rozpoczęcie nowego etapu podróży. Bardziej sprzyjających okoliczności postanowiliśmy z Haneczką poszukać w Birmie* i 23. listopada tuż przed północą przylecieliśmy do Yangon, sześciomilionowego miasta będącego jeszcze do niedawna stolicą kraju. Już pierwsze chwile spędzone na lotnisku i w drodze do hostelu zapowiadały zmianę, a następne dni utwierdziły nas w przekonaniu, jak bardzo Birma (a póki co przynajmniej jej największe miasto) różni się nie tylko od pozostałych krajów regionu, ale w zasadzie od wszystkiego co dotychczas widzieliśmy.

Centrum Yangon z powodzeniem mogłoby służyć jako scenografia do postapokaliptycznych filmów. Wygląda ono jakby zbudowano je dawno temu, a następnie opuszczono i przez dziesięciolecia po prostu leżało odłogiem, trawione przez wilgoć, zarastające mchem i nadgryzane zębem czasu. A potem nie wiadomo skąd przyszli Birmańczycy i je powtórnie zasiedlili, z tym że to, co tu zastali zaczęli używać w sposób bardzo różny od pierwotnego zamysłu, zamieniając sugerowany przez dostojną brytyjską architekturę ład na totalny chaos. Na każdym wolnym skrawku ziemi porozstawiali stragany z jedzeniem lub jakąś drobnicą, a parterowe wnęki w budynkach zaanektowali na herbaciarnie, zakłady fryzjerskie i tym podobne. Żeby nie było wątpliwości, nie mamy absolutnie nic przeciwko temu, bo przecież bardzo lubimy ten azjatycki nieporządek. Po prostu niezmiernie rzadko występuje on w scenerii porośniętej bluszczem kolonialnej zabudowy, w połączeniu z którą robi surrealne wręcz wrażenie.




Nie mniej egzotycznie i zaskakująco prezentują się sami mieszkańcy Yangon. Powszechną praktyką jest charakterystyczne wyłącznie w Birmie malowanie sobie twarzy thanaką, beżową mazią pozyskiwaną ze sproszkowanej kory drzewa o tej samej nazwie. Z założenia ma to chronić przed promieniami słonecznymi i zapobiegać pojawieniu się zmarszczek. Efekt uboczny jest natomiast taki, że wysmarowanym nią kobietom zdarza się wyglądać jak Uruk Hai szykujący się do szturmu na Helmowy Jar.



Jakby tego było mało, Birmańczycy (głównie faceci) umilają sobie czas żuciem betelu, popularnej w tym rejonie świata używki wytwarzanej z liści pieprzu, skruszonych muszli małży i dodatków takich jak anyż czy kardamon. Kupić go można na każdym kroku na małych straganach, przy których tłoczą się rządni lekkiego rauszu miejscowi. Żucie betelu na dłuższą metę sprawia, że zęby ciemnieją i nabierają zgniłego wyglądu, a na krótką - pobudza i przyprawia o szkarłatny ślinotok. Powszechnym widokiem są w związku z tym plujący "krwią" ludzie o uśmiechu wracającego z uczty wampira. Na szczęście mimo ich nasuwającej niepokojące skojarzenia aparycji, na każdym kroku wyczuwalne jest także przyjemne usposobienie Birmańczyków, więc o nasze bezpieczeństwo jesteśmy spokojni.



Dobra, wystarczy tych ciekawostek na dzisiaj. Na deser macie jeszcze kilka zdjęć z naszej wizyty w największej Yangońskiej atrakcji, czyli pagodzie Shwedagon. Kompleks świątynny zrobił na nas piorunujące wrażenie i z pewnością odwiedzimy go jeszcze raz przed lotem powrotnym z Yangon do Bangkoku, 19. grudnia. Żeby nie być jednak posądzony przez Janena o przepisywanie przewodników, a jednocześnie pozwolić wam poczuć powagę sytuacji powiem tylko, że wiek świątyni szacuje się na 2500 lat (sic!), a ilość złota zgromadzonego na jej terenie na około 9 ton. Słabo?


----------
* Oficjalna nazwa kraju od pewnego czasu brzmi wprawdzie Myanmar, ale że zawsze myślałem o nim jako o Birmie, to tego też będę się trzymał.

piątek, 25 listopada 2016

Komarze, niech cię srodze los pokarze!

...czyli plaża, palmy, drinki z parasolkami, szampan i takie tam

Ko Phangan (Tajlandia), 06-08.11.2016

Bardzo lubimy tropikalny klimat, podoba nam się głęboka zieleń tropikalnych lasów i zgodnie przyznamy, że nie ma lepszego miejsca na błogi odpoczynek niż tropikalna plaża. Za skarby świata nie przekonamy się natomiast do fajności tropikalnych chorób, jedną z których, konkretnie dengą, poczęstował mnie pewien kophangański komar. Zabrał mi tym sposobem dwa tygodnie z życia, Haneczce spierniczył doszczętnie początek podróży, a jakby jeszcze tego było mało, to uniemożliwił mi porządne pożegnanie się z tatą, któremu z tego wszystkiego nie zdołałem powiedzieć osobiście, że strasznie fajnie się z nim podróżowało.

Komarze, a żeby ci w związku z powyższym aparat ssąco-kłujący sparchaciał!





poniedziałek, 21 listopada 2016

Angkor

Siem Reap, 29-31.10.2016


Cały manewr związany z naszą przykrótkawą wizytą w Kambodży podyktowany był w zasadzie wyłącznie jednemu celowi. Skoro już jakimś sposobem udało mi się przytargać tatę do południowo-wschodniej Azji, to byłoby absolutnie niewybaczalne, gdyby puścić go potem z powrotem do domu nie pokazując mu niekwestionowanej perły całego regionu. Mowa oczywiście o Angkorze, czyli ruinach stolicy Imperium Khmerskiego, państwa które pomiędzy IX a XV w.n.e. trzęsło całym półwyspem Indochińskim i dało początek temu, co obecnie znamy pod nazwą Królestwa Kambodży. Znajdujący się nieopodal Siem Reap kompleks słynie nie tylko z niewyobrażalnej liczby malowniczych świątyń, ale także ze znakomicie zachowanych budowli o charakterze inżynieryjno-infrastrukturalnym, które w czasach świetności pozwoliły Khmerom wyprzedzić swoje czasy i osiągnąć prymat na regionalnej scenie politycznej. Kluczowe w tej kwestii było skuteczne zapanowanie nad przybierającymi w porze monsunowej rzekami i umiejętność gromadzenia zapasów wody na porę suchą. W tym celu zbudowano tu przed wiekami skomplikowany system kanałów, a stanowiące jego serce olbrzymie zbiorniki po dziś dzień budzą zachwyt naukowców, którzy podobnie jak w przypadku egipskich piramid, nie znaleźli jeszcze satysfakcjonujących odpowiedzi na wszystkie pytania odnośnie zastosowanych tu technologii.


Czując powagę sytuacji, do zwiedzania postanowiliśmy podejść na poważnie. Wynajęliśmy więc tuk-tukarza, z którym dwukrotnie jeszcze grubo przed świtem dotarliśmy pod najsłynniejszą ze świątyń - Angkor Wat w nadziei na niezapomniany wschód słońca. Niestety nie udało się nam trafić na wymarzoną ferieę kolorów i dzień przywitał nas za każdym razem dość pochmurno i cokolwiek monochromatycznie. Nie ma jednak tego złego, bo zaczynając dzień tak wcześnie i do tego wiele godzin przed największymi upałami, mieliśmy aż nadto czasu by móc odwiedzić zarówno miejsca leżące przy standardowych szlakach, jak i te znacznie dalsze, nie odwiedzane tak licznie przez turystów.


Duża część znajdujących się w Angkorze świątyni zbudowana została w oparciu o zawarte w mitologii hinduistycznej wyobrażenie kosmosu. Położona na samym środku budowli wielka, piramidalna wieża symbolizuje wtedy świętą górę Meru, siedzibę bogów i centrum wszechświata, a otaczające ją mury oraz niższe kondygnacje - kolejne wszechświaty hinduskiej kosmologii. Częstym motywem są też fosy i balustrady przedstawiające bogów i demony przeciągających jak linę ciało gigantycznego węża. Z resztą, będąc tu uderza fakt, że generalnie gdzie człowiek nie spojrzy, to każdy element, każde zdobienie naznaczone jest jakąś bliżej mi nie znaną symboliką. Mając chęć i zapał możnaby swobodnie spędzić tu całe miesiące doktoryzując się z najdrobniejszych nawet detali i rozszyfrowując ich znaczenie pod czujnym okiem spoglądających zewsząd zagadkowych oblicz bóstw i innych postaci mitologicznych.




Natomiast tam, gdzie czas obszedł się z budowlami mniej delikatnie i nie sposób już docenić kunsztowności oryginalnych zdobień, można poczuć się jak Indiana Jones i podziwiać to, co dla umiarkowanego pasjonata historii najefektowniejsze, czyli porośnięte dżunglą świątynie. No niech mi ktoś powie, jak tu się nimi nie zachwycać?




czwartek, 10 listopada 2016

Z ostatniej chwili

Podczas naszego pobytu w Tajlandii Szczepan zarazil sie denga (choroba przenoszona przez komary). Jest w kiepskim stanie w szpitalu w Bangkoku. Goraczka dochodzi do 40 st, jest pod kroplowka i stala opieka lekarza. Do czasu az unormuje sie jego stan zawieszamy bloga.
Trzymajcie za nas kciuki!

Chwilowo bez odbioru
Hania


Ps. Kto rządzi na oddziale, ja się pytam?

niedziela, 6 listopada 2016

Stare śmieci

Phnom Penh (Kambodża), 26-27.10.2016

Tak jak inżynierowi Mamoniowi w "Rejsie" podobały się melodie, które już raz słyszał, tak i ja sporą przyjemność czerpię z ponownego odwiedzania miejsc, w których już kiedyś byłem. Świetnie się więc złożyło, że po ponad trzech tygodniach włóczenia się po Indonezji, kilka następnych dni mieliśmy okazję spędzić w znanym mi już z poprzedniej podróży Phnom Penh.

Wizyta w stolicy Kambodży była znakomitą okazją, żeby powspominać jak to było kiedyś, gdy byłem równie piękny i młody co teraz oraz skonfrontować obraz miasta, który wyrył mi się w pamięci z tym, co miałem aktualnie przed oczami. Wtedy przyjeżdżając spodziewałem się najgorszego, a zostałem bardzo przyjemnie zaskoczony widokiem kraju rozwijającego się i jak mi się wówczas wydawało, zmierzającego ku lepszemu*. Coś jednak sprawiło, że zmieniła mi się optyka i tym razem tak różowo tego już nie odebrałem. Tym co szczególnie rzuciło mi się w oczy był brak jakiejś odgórnej wizji na zagospodarowanie milionów żyjących w kraju ludzi, o czym rozmawialiśmy później przy obiedzie z kierowcą, który obwoził nas po Angkorze. Z żalem przyznał, że przemysł w Kambodży w zasadzie nie istnieje, a w instytucjach państwowych troskliwie kultywuje się nepotyzm, więc całe masy ludzi nie mając szans na bycie przez kogoś zatrudnionym, zabierają się za handel jakąś drobnicą lub - tak jak on - dołączają do rzesz tuk-tukarzy. W obu przypadkach podaż świadczonych usług znacznie przewyższa popyt na nie, więc nie dość, że o klienta nie łatwo, to jeszcze niewidzialna ręka rynku nie pozwala utrzymać cen na satysfakcjonującym poziomie. Swój udział w tym jak wygląda to teraz albo wręcz tego źródło stanowi fakt, że podczas wojny domowej kilka dekad temu chcąc zbudować w kraju rolniczą utopię, na celownik wzięto krajową inteligencję, której przedstawicieli wycięto niemal do nogi. W efekcie drastycznie zubożyło to pulę genów i obecnym pokoleniom Khmerów wyraźnie brakuje pomysłu na poprawę swojej sytuacji i wyrwanie się z biedy. Przygnębiające to jak jasna cholera, więc kończę ten wątek i wracam do przyjemniejszych kwestii.

Pałac Królewski i kilka innych interesujących mnie miejsc z turystycznej mapy miasta miałem już obcykane, a tata nie czuł potrzeby, żeby nakłaniać mnie do powtórnych odwiedzin, całe dwa dni poświęciliśmy więc na beztroskie szwendanie się i przyglądanie się ludziom. Spośród nich szczególnie wpadli mi w oko niebywale wprost fotogeniczni handlarze ze stołecznych bazarów.





----------
* jaktotakto2011.blogspot.com/2012/02/somnaan-lao.html