Siem Reap, 29-31.10.2016
Cały manewr związany z naszą przykrótkawą wizytą w Kambodży podyktowany był w zasadzie wyłącznie jednemu celowi. Skoro już jakimś sposobem udało mi się przytargać tatę do południowo-wschodniej Azji, to byłoby absolutnie niewybaczalne, gdyby puścić go potem z powrotem do domu nie pokazując mu niekwestionowanej perły całego regionu. Mowa oczywiście o Angkorze, czyli ruinach stolicy Imperium Khmerskiego, państwa które pomiędzy IX a XV w.n.e. trzęsło całym półwyspem Indochińskim i dało początek temu, co obecnie znamy pod nazwą Królestwa Kambodży. Znajdujący się nieopodal Siem Reap kompleks słynie nie tylko z niewyobrażalnej liczby malowniczych świątyń, ale także ze znakomicie zachowanych budowli o charakterze inżynieryjno-infrastrukturalnym, które w czasach świetności pozwoliły Khmerom wyprzedzić swoje czasy i osiągnąć prymat na regionalnej scenie politycznej. Kluczowe w tej kwestii było skuteczne zapanowanie nad przybierającymi w porze monsunowej rzekami i umiejętność gromadzenia zapasów wody na porę suchą. W tym celu zbudowano tu przed wiekami skomplikowany system kanałów, a stanowiące jego serce olbrzymie zbiorniki po dziś dzień budzą zachwyt naukowców, którzy podobnie jak w przypadku egipskich piramid, nie znaleźli jeszcze satysfakcjonujących odpowiedzi na wszystkie pytania odnośnie zastosowanych tu technologii.
Czując powagę sytuacji, do zwiedzania postanowiliśmy podejść na poważnie. Wynajęliśmy więc tuk-tukarza, z którym dwukrotnie jeszcze grubo przed świtem dotarliśmy pod najsłynniejszą ze świątyń - Angkor Wat w nadziei na niezapomniany wschód słońca. Niestety nie udało się nam trafić na wymarzoną ferieę kolorów i dzień przywitał nas za każdym razem dość pochmurno i cokolwiek monochromatycznie. Nie ma jednak tego złego, bo zaczynając dzień tak wcześnie i do tego wiele godzin przed największymi upałami, mieliśmy aż nadto czasu by móc odwiedzić zarówno miejsca leżące przy standardowych szlakach, jak i te znacznie dalsze, nie odwiedzane tak licznie przez turystów.
Duża część znajdujących się w Angkorze świątyni zbudowana została w oparciu o zawarte w mitologii hinduistycznej wyobrażenie kosmosu. Położona na samym środku budowli wielka, piramidalna wieża symbolizuje wtedy świętą górę Meru, siedzibę bogów i centrum wszechświata, a otaczające ją mury oraz niższe kondygnacje - kolejne wszechświaty hinduskiej kosmologii. Częstym motywem są też fosy i balustrady przedstawiające bogów i demony przeciągających jak linę ciało gigantycznego węża. Z resztą, będąc tu uderza fakt, że generalnie gdzie człowiek nie spojrzy, to każdy element, każde zdobienie naznaczone jest jakąś bliżej mi nie znaną symboliką. Mając chęć i zapał możnaby swobodnie spędzić tu całe miesiące doktoryzując się z najdrobniejszych nawet detali i rozszyfrowując ich znaczenie pod czujnym okiem spoglądających zewsząd zagadkowych oblicz bóstw i innych postaci mitologicznych.
Natomiast tam, gdzie czas obszedł się z budowlami mniej delikatnie i nie sposób już docenić kunsztowności oryginalnych zdobień, można poczuć się jak Indiana Jones i podziwiać to, co dla umiarkowanego pasjonata historii najefektowniejsze, czyli porośnięte dżunglą świątynie. No niech mi ktoś powie, jak tu się nimi nie zachwycać?