piątek, 14 października 2016

Gdzie jest Meno?

Gili Meno, Bangsal (Lombok), 06-08.10.2016

Chcąc odpocząć od jazdy na motorze i wymoczyć trochę tyłki w ciepłych wodach Pacyfiku postanowiliśmy spędzić kilka dni na Gili Meno, mikroskopijnej wysepce położonej przy północno-zachodnim wybrzeżu wyspy Lombok*. Mieliśmy zamiar byczyć się całymi dniami na żywcem wyjętych z katalogów agencji turystycznych plażach i przy okazji posnorklować po cieszących się bardzo dobrymi opiniami pobliskich rafach koralowych.



Mimo obiecującego początku, plany ostatecznie pokrzyżowała nam jednak pogoda, gdyż wstrzeliliśmy się pechowo w niezbyt tutaj częste pasmo deszczowych dni. Leżenie na plaży nie wchodziło więc w grę, a mająca być lekiem na całe zło wycieczka na rafy z powodu mętnej po opadach wody okazała co najwyżej średnio ekscytująca. Nie udało nam się wprawdzie znaleźć Nemo i w ogóle z rybkami była raczej bieda, za to popływaliśmy sobie w towarzystwie olbrzymich żółwi, więc nie ma co narzekać. Ale generalnie to by było na tyle z atrakcji.


W poszukiwaniu bardziej sprzyjającej aury, po wnikliwym przestudiowaniu prognozy dla okolicznych wysp, rankiem 8. października popłynęliśmy do Bangsal, portowego miasta na pobliskim Lombok, gdzie po iście epickich targach zaokrętowaliśmy się na pokład łodzi wypływającej w czterodniowy rejs na Flores.

----------
* Meno jest jedną z trzech wysepek wchodzących w skład mikro-archipelagu Gili, co w lokalnym języku oznacza po prostu wyspy. Żeby było śmiesznie, to w anglojęzycznej literaturze jest on często określany jako "Gili Islands", czyli tłumacząc dosłownie "Wyspy Wyspy". A żeby było jeszcze zabawniej, to na jakiejś polskiej stronie internetowej spotkałem się kiedyś z obłędnym wręcz określeniem "Wyspy Gili Islands". Kto sprytny, ten sobie to sam przetłumaczy.

środa, 12 października 2016

Cymbalistów było wielu

Ubud i okolice, 03-05.10.2016

Kiedy już nacieszyliśmy się małpim towarzystwem i napatrzyliśmy się na gwarne uliczki Ubud, przyszedł czas, żeby zacząć wreszcie korzystać z naszych (z bólem wystanych w urzędowych kolejkach) międzynarodowych praw jazdy. Od pani zawiadującej hotelem, w którym się zatrzymaliśmy wypożyczyliśmy więc dwie zgrabne hondy i ruszyliśmy na podbój balijskich szos.

Mimo, że samo Ubud jest naprawdę w porządku, to dopiero gdy je opuściliśmy odnieśliśmy wrażenie, że zaczęła się wreszcie prawdziwa akcja. Wiecie doskonale, co mam na myśli. Wiatr we włosach, wąska wstęga drogi przed nami i jazda w nieznane! Ani się człowiek obejrzał, a już gnał po wsiach na złamanie karku z przyprawiającymi o szybsze bicie serca 35km/h na liczniku. Szaleństwo, przygoda.


Ledwo opuściliśmy miasto i skręciliśmy z głównej, wiodącej ma północ trasy w którąś z bocznych dróg otoczeni zostaliśmy przez pocztówkowe krajobrazy pól i tarasów ryżowych oraz krzątających się po nich rolników w charakterystycznych słomkowych kapeluszach. Przy okazji ruch zmalał na tyle, że w spokoju, bez zbędnego ciśnienia mogliśmy powoli przywyknąć do ruchu lewostronnego i zwyczajów panujących na tutejszych drogach. Z perspektywy trzech dni spędzonych za kierownicą i przejechanych ponad 400 kilometrów muszę z radością przyznać, że naprawdę odpowiada mi balijski styl jazdy. Szybko, sprawnie, bez zbędnego kombinowania, ale jednocześnie kulturalnie i z poszanowaniem kierowców pozostałych pojazdów. Gdzie się da tam cię przepuszczą, zostawią w sam raz tyle miejsca ile potrzeba, żeby bezboleśnie włączyć się do ruchu i nie strąbią, kiedy coś pójdzie ci niewystarczająco płynnie albo przez nieuwagę wjedziesz gdzieś pod prąd. Jako ciekawostkę wspomnę jeszcze o powszechnym używaniu klaksonu niemal wyłącznie do sygnalizacji swojej obecności lub chęci wyprzedzania, a nie jak u nas jako dodatek do soczystej wiązanki na temat tego, co trąbiący sądzi o twojej mamie. Da się? Da się.


Tym sposobem w ciągu trzech dni, wyciskając z motorów siódme poty przejechaliśmy wzdłuż i wszerz północ i centralny rejon wyspy, zahaczając przy okazji o podnóża dwóch wulkanów, kilka efektownych świątyń, rybackie osady, a także zasnute mglą, pokryte plantacjami truskawek i kawy kopi luwak góry oraz całą masę niezwykle malowniczych wiosek. Co i rusz trafialiśmy przy okazji na uroczyste obchody jakichś lokalnych świąt, których uczestnikom najwyraźniej schlebiało nasze zainteresowanie, więc uśmiechali się do nas serdecznie i nie kręcili nosami na skierowany w ich stronę obiektyw aparatu.





Prawdziwą wisienką na torcie była natomiast sytuacja, która spotkała nas, gdy pewnego dnia zawiodło nas poczucie czasu przez co zmuszeni byliśmy wracać do Ubud już dobrze po zmroku. Jadąc po ciemku przez którąś z okolicznych miejscowości, po lewej stronie drogi zauważyliśmy zadaszoną scenę, na której własnie odbywała się próba szkolnej orkiestry i zespołu tanecznego. Zaparkowaliśmy więc przy pobliskim sklepie, gdzie zaopatrzyliśmy się w wodę i lody, by chwilę później na dobre półtorej godziny rozgościć się pośród rodziców przyglądających się występowi swoich pociech.

Cały, pewnie z pięćdziesięcioosobowy zespół złożony był w głównej mierze z cymbalistów uderzających zgrabnymi metalowymi młoteczkami w płytki swoich kunsztownych instrumentów. Ponadto towarzyszyła im sekcja smyczkowa, kilku flecistów oraz siedzący z tyłu chłopcy wybijający rytm na olbrzymich gongach. Nad poprawnym brzmieniem całości czuwał siedzący w pierwszym rzędzie i grający na bębnie pan o stereotypowej aparycji starego mistrza z filmów karate. Czasem, gdy wymagała tego sytuacja rzucał tu i owdzie karcące spojrzenie, a gdy miał już pewność, że w grze jego podopiecznych zapanowała znów wzorowa harmonia, kiwał głową z aprobatą. Autor wybrzmiałej przed kilkoma chwilami fałszywej nuty ocierał wtedy pot z czoła i mógł wreszcie odetchnąć z wyraźną ulgą. Porządek musi być, zwłaszcza że jak powiedział nam kierownik zespołu, była to próba przed mającym się odbyć w ramach listopadowego festiwalu kultury balijskiej konkursem tego typu zespołów, nie ma więc miejsca na najdrobniejsze nawet niedociągnięcia.


Natomiast tego, co wyprawiało w tym czasie pięć tancereczek opisać się nie da. To trzeba po prostu zobaczyć. Jak internety mi pozwolą, to postaram się zamieścić tu krótki filmik pokazujący ich występ.


piątek, 7 października 2016

Szacunek ludzi ulicy

Ubud (Bali), 02.10.2016

Bali, jak świat długi i szeroki kojarzy się głównie z rajskimi plażami, nad których białym i delikatnym jak mąka piaskiem gną się w pokłonach rzędy palm. Prawda jest jednak taka, że na takie widoczki można liczyć jedynie na południowym skrawku wyspy, bo reszta wybrzeża to ciemny, gruboziarnisty, wulkaniczny piach, do którego leżaki i drinki z parasolkami z naszych wyobrażeń po prostu nie pasują. Niestety, jeśli wierzyć w to, co piszą w internetach, południe zaanektowane zostało przez hordy zapijaczonych Australijczyków, którzy robią z niego podobny użytek, co (nie mniej zapijaczeni) Anglicy z naszego Krakowa, czyli przyjeżdżają tam żłopać hektolitry tańszego niż u siebie piwa i klepać po tyłkach miejscowe dziewczyny. Hmm... Muszę przyznać, że jakby się tak chwilę zastanowić, to jest w tym w sumie jakiś sens, lecz chcąc wieść żywot ascetyczny* wolałem udać się do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów w głąb wyspy Ubud.

Miasteczko - cytując przewodniki - wyróżnia panująca w nim artystyczna atmosfera, a liczone w setkach świątynie hinduistyczne** i czerpiące z unikalnej, miejscowej tradycji galerie sztuki sprawiają, że jest ono uznawane za kulturową stolicę wyspy. Ja jestem prosty chłop z prowincji i galerie są mi do szczęścia absolutnie zbędne (no, chyba że handlowe!), ale za to świątynie i generalnie cały aspekt religijny zrobił na mnie naprawdę piorunujące wrażenie. Spacerując po zakamarkach Ubud (jak i po całej wyspie w ogóle) powszechnym widokiem są położone na każdym kroku kapliczki Ganeszy, Laksmi czy innego Hanumana, przy których Balijczycy przez cały dzień palą kadzidła i składają symboliczne ofiary z pokarmu. Często robią to "po cywilu", bez specjalnych ceregieli, ale bywa także, że założywszy odświętne nakrycie głowy i opasawszy się sarongiem, nadają temu ceremonialną i - dla obserwatora z zewnątrz - głęboko mistyczną formę. Czas staje wtedy w miejscu, a nam nie pozostaje nic innego, jak w skupieniu podziwiać ten piękny spektakl.


Nazajutrz po przyjeździe na Bali wybraliśmy się do Małpiego Lasu, jednej z sztandarowych atrakcji Ubud. Jest to bujny tropikalny las przecięty w pół głębokim na kilkadziesiąt metrów wąwozem i okalający zbudowaną w XIV wieku świątynie boga Śiwy. Po jego terenie hasa sobie nieskrępowanie kilka stad makaków, do tego stopnia przywykłych już do ludzkiego towarzystwa, że praktycznie nie zwracających na nas uwagi. Zachowują się więc całkowicie naturalnie, a jedyną osobą, przed którą stają na baczność i którą omijają szerokim łukiem była pani ze stoiska z bananami. A wszystko to za sprawą sękatego kija, z którym nie rozstawała się nawet na chwilę i który już zapewne nie raz pomógł jej ustalić kto tu rządzi. To się właśnie nazywa szacunek ludzi ulicy.



Ja niestety nie byłem tak dobrze wyposażony, a i z piosenek Rycha Peji wyniosłem mniej nauk niż wspomniana pani, więc ze mną pogrywały sobie znacznie bezczelniej. Małpy jedne! Raz nawet jedna taka znienacka wskoczyła mi na plecy i widząc moją dość niespokojną reakcję wbiła mi pazury w okolice lewej łopatki. Krew na szczęście nie lała się strumieniami, a ja dopiero co byłem szczepiony na taką właśnie okoliczność, więc obeszło się bez lamentu, ale i tak wychodząc stamtąd udałem się do punktu pierwszej pomocy, żeby dać się opatrzyć i zasięgnąć języka u kogoś bardziej obeznanego z tematem. Tam sympatyczny pan wyjaśnił mi, że nie ma strachu, bo wszystkie małpki mają aktualne książeczki sanepidu, a samo skaleczenie jest na tyle nie wielkie, że się raczej nie wykrwawię, więc mogę spać spokojnie. Jako, że mam duży szacunek do służby zdrowia, to potraktowałem jego słowa na tyle poważnie, że niedługo później wróciliśmy do siebie i na wszelki wypadek położyłem się spokojnie spać.


----------
* A żeby móc bujać się przez ponad pół roku po obczyźnie bez stałego źródła przychodu, po prostu trzeba taki wieść.

** Mimo, że Indonezja jest generalnie krajem muzułmańskim, to dominującą religią na Bali jest właśnie hinduizm.

wtorek, 4 października 2016

Znajdź dziesięć różnic

Bali (Indonezja), 02-08,15-25.10.2016

Kiedy zabieraliśmy się do tworzenia wstępnego zarysu tego, jak wyobrażamy sobie tę podróż i ustalenia, które kraje chcielibyśmy tym razem odwiedzić, temat Indonezji pojawiał się w zasadzie na każdym kroku. Pech chciał jednak, iż proza życia pozwoli Haneczce o sobie zapomnieć dopiero w listopadzie, kiedy nad Indonezją na dobre hulać już będzie monsun, więc zmuszona była sobie odpuścić. Ja natomiast, nie chcąc odkładać wizyty w tym wyspiarskim kraju na nieokreśloną przyszłość, postanowiłem przylecieć tu już na początku października.

Mając trochę ponad trzy tygodnie do dyspozycji musiałem ograniczyć swoje plany do odwiedzenia niewielkiej tylko części składającego się z ponad 17.000 wysp kraju. Zdecydowałem, że na pierwszy ogień pójdzie Bali, w czym wydatnie pomogło mi nurtujące mnie od dawien dawna pytanie na temat dziesięciu różnic pomiędzy kształtem wyspy i pewnego sympatycznego czworonoga. Dotychczas udało mi się jedynie zauważyć, że Bali nie ma fikuśnej kokardki, więc pozostałych dziewięciu postanowiłem poszukać u źródła. A czy je znajdę, to się dopiero okaże...



Bali już kilka dobrych dekad temu ugruntowało swoją pozycję w gronie miejsc, które z radością szturmowane są przez żądnych egzotyki turystów, więc dodatkowy marketing był już wyspie w zasadzie zbyteczny. Tak się jednak złożyło, że kilka lat temu na ekrany kin trafił film pt. "Jedz, módl się, kochaj" z Julią Roberts, którego (z braku lepszego słowa) akcja toczyła się w dużej mierze właśnie na Bali i spowodował on totalny boom na wizyty w tym miejscu. Podobne sytuacje nierzadko prowadzą do tego, że miejscowy sektor turystyczny po prostu wariuje i w obliczu nieprzebranych rzesz odwiedzających nagle zmienia swoje podejście wobec nich z dotychczas wypracowanego na "jedz, płać i spie*dalaj". Byłem już świadkiem tego typu transformacji i nie ukrywam, że lecąc tu trochę się tego obawiałem. Z tym większą radością stwierdzam więc, że nic podobnego nie miało tu miejsca, a na podstawie pierwszych spostrzeżeń mogę śmiało powiedzieć, że Balijczycy należą do najsympatyczniejszych ludzi, z jakimi miałem dotąd do czynienia. W związku z tym, że zamierzamy z tatą spędzić tutaj trochę czasu, to myślę, że nadarzy się jeszcze okazja, żeby ten wątek rozwinąć.

niedziela, 2 października 2016

Tytułem wstępu

Drogie Czytelniczki, drodzy Czytelnicy.

Z radością ogłaszam długo wyczekiwaną reaktywację Jaktotakto oraz fakt, że po pięciu latach ponownie nadajemy z Azji. Mam nadzieję, że nie uschnęliście w międzyczasie z tęsknoty i nadal, tak jak poprzednio możemy liczyć na pozytywny odbiór i ciepłe słowo z Ojczyzny*.

Tytułem wstępu i pobieżnego nakreślenia okoliczności wyjazdu, wspomnę tylko, że po Azji zamierzamy się szwendać do końca kwietnia, a cała podróż - w związku z mającym miejsce 9. września spektakularnym końcem "Złotej Ery Konkubinatu" - awansowała niespodziewanie do rangi poślubnej.

Siedmiomiesięczna podróż poślubna? Tak to się właśnie robi w Las Vegas! Pikanterii całemu przedsięwzięciu dodaje fakt, że pierwsze tygodnie spędzę tutaj z moim tatą - Jurkiem, a Haneczka (serce i szara eminencja projektu oraz źródło niedawnych matrymonialnych zawirowań) dołączy dopiero na początku listopada, więc do tego czasu muszę jakoś sobie radzić bez niej.

Trzymajcie kciuki, czytajcie, komentujcie. Niech Snoop będzie z wami.

----------
* tj. stamtąd, gdzie bursztynowy świerzop i dzięcielina pała, jakby kto nie wiedział.