piątek, 10 lutego 2012

Wsi spokojna, wsi wesoła

Kampong Thom, 27-29.01.2012

Ciekawą sprawą à propos Kambodży jest to, że mamy póki co wrażenie, że występują tu wyłącznie dwa typy miejscowości. Albo takie, gdzie liczba przyjezdnych na kilometr kwadratowy przewyższa liczbę tutejszych albo takie, gdzie turystów prawie nie ma. Albo ulice miasta zostały szczelnie przykryte grubą warstwą turystycznej infrastruktury albo znalezienie tam jednej knajpy z menu w języku innym niż khmerski* może być nie lada zadaniem. Poza stolicą i kilkoma większymi miastami, reszta kraju to totalna prowincja, gdzie pośród lasów, pól i pastwisk znajdują się jedynie pomijane przez odwiedzających kraj niewielkie mieściny i wioski, do których nie dotarła jeszcze cywilizacja (w zachodnim znaczeniu słowa), a życie toczy się w zupełnie innym, leniwym rytmie. Nam to jak najbardziej odpowiada, więc tym bardziej cieszy, że przy okazji przejazdu przez Kampong Thom właśnie takie miejsce udało nam się odwiedzić.



Krótki pobyt w Kampong Thom był dla nas naturalnym rozwiązaniem w związku z tym, że zgrabnie dzielił nam na pół trzystukilometrowy dystans pomiędzy Phnom Penh a Siem Reap. Nazajutrz po przyjeździe wsiedliśmy na Przegrzebka i wybraliśmy się na przejażdżkę po okolicy, za cel obierając sobie znajdujące się nieopodal ruiny świątyń Sambor Prei Kuk, których mury, choć zapewne nie do końca tego świadome, pamiętają jeszcze czasy Piasta Kołodzieja. Mimo imponującej metryki nie zrobiły one na nas oczekiwanego wrażenia i nie zabawiliśmy tam długo. Wyjazd nie okazał się jednak całkowicie bezowocny, bowiem w drodze powrotnej mogliśmy na spokojnie rozkoszować się niezwykłą urodą kambodżańskiej wsi.



To co ma się okazję oglądać wzdłuż dróg krajowych to jedno, ale gdy tylko opuści się ich asfaltową nawierzchnię, skręcając w którąś z zasypanych ceglastą ziemią bitych dróżek, trafia się do totalnie odrealnionego świata. Czas w nieokreślonej bliżej przeszłości zatrzymał się tam w miejscu, a jedynymi widocznymi gołym okiem przejawami kontaktu ze współczesnością są nieliczne motory, których pojawieniu się każdorazowo towarzyszą wzbijane w powietrze tumany pyłu. Piękno tego typu miejsc opiera się w głównej mierze na ich niezwykłej naturalności. Okoliczne krajobrazy są po prostu zachwycające, ale jeszcze większe atrakcje czekają, gdy na chwilę chociaż zatrzyma się w którejś z wiosek. Ludzie mieszkają tam, bez wyjątku, w drewnianych domach ustawionych na wysokich, ponad dwumetrowych palach, których konstrukcja nie zmieniła się zapewne od wieków. Jako że gospodarstwa ogrodzone są od pozostałych jedynie prowizorycznymi płotkami, po całej wsi nieskrępowanie hasają psy, kury, gęsi, krowy, a także upaprane błotem świnie i majestatyczne bawoły. Brakuje chyba tylko wielbłądów.


Kolejną kwestią jest to, że na prowincję nie dociera sieć energetyczna, więc po zmroku jedyne źródła względnego światła zapewniają domowe mini-elektrownie w postaci specjalnie przystosowanych do tego akumulatorów samochodowych. Rytm życia, tak jak przed laty, ściśle wyznaczają wschody i zachody słońca oraz pory roku. Aktualnie nie ma tu okresu siewów ani żniw, więc dla miejscowych jest to świetny czas na oddawanie się swoim rozrywkom. Podczas gdy kobiety zbierają się na schodach swoich chat i wymieniają się najgorętszymi ploteczkami, mężczyźni rozgrywają zacięte pojedynki siatkarskie na znajdujących się tu co krok boiskach.


Wszystko dzieje się bardzo powoli i nikomu nigdzie się nie spieszy. Już po kilku chwilach również i nam się to udzieliło, więc zasiedzieliśmy się nieco i w drogę powrotną zebraliśmy się, gdy było już dobrze po zmierzchu. Wracając do hotelu i korzystając z najodpowiedniejszych ku temu okoliczności zahaczyliśmy jeszcze w okolice kolonialnej willi, która była niegdyś siedzibą francuskiego gubernatora prowincji. W jej sąsiedztwie rośnie kilka olbrzymich drzew, będących domem dla (dosłownie!) tysięcy przedstawicieli pewnego gatunku nietoperza, charakteryzującego się imponującą, dochodzącą nawet do czterdziestu centymetrów rozpiętością skrzydeł. Za dnia śpią sobie słodko, wisząc bez ruchu na gałęziach, ale gdy tylko słońce schowa się za horyzontem budzą się do życia i wylatują na łowy.


__________
* Lub chociaż pisane innym niż tamtejszy alfabetem.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Somnaan lao

Phnom Penh, 21-26.01.2012

Niewiele wiemy o Kambodży. Zanim zabrałem się kilka lat temu za jeżdżenie po świecie, również dla mnie była całkowicie anonimowym krajem. Potem usłyszałem coś o przeżywającym właśnie drugą młodość, odkrywanym ponownie dla świata dwunastowiecznym kompleksie świątyń, który w latach swojej świetności był stolicą prężnie rozwijającego się Imperium i domem dla ponad miliona Khmerów. Czasy się zmieniły, zmieniła się też funkcja. Obecnie wyrwany z rąk dżungli Angkor stanowi główny magnes dla rzesz ludzi podróżujących po Kambodży i wspierających zostawianymi tu dolarami odbudowę kraju i jego powrót do normalności po nawałnicy jaka przez niego przeszła podczas wojny domowej ponad 30 lat temu.

Tyle. Cała wiedza.

Niewiele wniosły też, głównie internetowe, źródła pisane, które na pytania o Kambodżę odpowiadały w większości w telegraficznym skrócie. Kambodża. Angkor i czerwoni khmerzy*. Stolica – Phnom Penh, waluta – riel. Uważać na miny, żebraków i złodziei. Kropka. Mało zachęcające, prawda? Nie dziwią w związku z tym pewne obawy, jakie towarzyszyły nam, gdy opuszczaliśmy oswojony już na własny użytek Wietnam na rzecz ponurych realiów jego zachodniego sąsiada.


Pierwsze kroki w nowym otoczeniu stawialiśmy w sennym Kampocie i na plaży w Sihanoukville w warunkach dosyć szklarniowych, więc pierwszą poważną konfrontacją z kambodżańską rzeczywistością miała być dopiero wizyta w stolicy. Muszę przyznać, że niewiele dobrego oczekiwaliśmy po Phnom Penh i jechaliśmy tam raczej z braku innej opcji dotarcia na północ kraju, niż z własnej nieprzymuszonej woli. Po nie tak dawnej ewakuacji z Sajgonu nie bardzo marzył nam się pobyt w kolejnym dużym mieście. Tym bardziej w takim, do którego głównych „atrakcji” mają według przewodników należeć liczne rozsiane po całym mieście placówki, w których swoje chore wizje wprowadzał w życie niejaki pol pot** i jego ponura ekipa. Czytając o nich, a także o powszechnej biedzie i związanych z nią żebractwie i złodziejstwie, tworzył nam się w głowach wizerunek Phnom Penh jako przygnębiającego miasta-mauzoleum, gdzie wszystko naokoło przypomina o bolesnej przeszłości, teraźniejszość pogrążona jest w chaosie, a przyszłość będzie zapewne stanowić ich wypadkową.


Omijając jednak szerokim łukiem wspomniane powyżej „atrakcje” i stereotypowe wyobrażenia, nieoczekiwanie udało nam się dostrzec zupełnie inne oblicze miasta. Phnom Penh, określane niegdyś jako „Perła Azji”, szybko się zmienia i budzi z powrotem do życia, przez co w najmniejszym stopniu nie pasuje do naszych wcześniejszych wyobrażeń. Zacznijmy od tego, że jest niesamowicie wprost czarujące i bardzo przyjazne dla przyjezdnych. Świetnie zorganizowane, niezwykle jak na azjatyckie realia zadbane, pełne zieleni i przepięknych świątyń, nie może się po prostu nie podobać. Nam przypadło do gustu do tego stopnia, że zabawiliśmy tam sześć dni.


W tym czasie mieliśmy na bieżąco możliwość poznawania Khmerów i wyrobienia sobie na ich temat opinii. Po pierwsze są szalenie sympatyczni, ale co najważniejsze, sprawiają wrażenie bardzo otwartych na świat, o czym świadczy niejednokrotnie imponująca wiedza na temat Polski, która tak na marginesie uważana jest tutaj za przyjaciela. Ciekawość świata cechuje ludzi inteligentnych, co wyraźnie widać na przykładzie podejścia Khmerów do swoich codziennych obowiązków. Niezależnie czy sprzątają ulice, pracują na recepcji w hotelu czy też prowadzą restaurację, w ich pracy da się często zauważyć inicjatywę, co szczególnie rzuciło nam się w oczy w kontekście wszechobecnego w Wietnamie braku zorganizowania. Czasy nie są łatwe, więc szansę na poprawę swojej sytuacji upatrują w solidności i lepszej organizacji. Najlepszym tego przykładem są - uwaga! - żebracy, którymi tak nas wcześniej straszono. O dziwo, ostatnimi laty spora ich część skutecznie zdołała się przebranżowić. Zamiast w dalszym ciągu prosić o jałmużnę, wzięli sprawy w swoje ręce i handlują teraz na ulicach przedrukami książek albo napojami chłodzącymi. Spory krok do przodu, prawda?


Podobnie sprawa ma się w kwestiach biznesowych. Tutaj się po prostu dzieje. Co krok widać bowiem, jak niska, kilkupiętrowa zabudowa miasta zaburzona zostaje przez powstające właśnie strzeliste biurowce czy wielkie centra handlowe. Ucierpi na tym co prawda egzotyka miasta, ale nie będzie to wcale wysoka cena, mając na uwadze wiążące się z nimi nowe miejsca pracy i poprawę szeroko pojętej infrastruktury, która z kolei w niedalekiej przyszłości zaowocuje na pewno rozwojem kolejnych segmentów gospodarki.

Zarówno do wizyty w Phnom Penh, jak i w całej Kambodży podejść można na kilka różnych sposobów. Można pójść bezrefleksyjnie za wskazówkami przewodników i ustawić się w kolejce odwiedzających takie miejsca, jak chociażby Muzeum Tuol Sleng czy Pola Śmierci. Czy jednak zamiast przyglądać się świadectwom ponurej przeszłości, nie lepiej skierować wzrok w stronę budowanego w tej właśnie chwili i na naszych oczach lepszego jutra. Tak nam się wydaje. Z całego serca trzymamy za Khmerów kciuki i mocno wierzymy, że im się uda. Somnaan lao. Powodzenia!

__________
*Bardziej z małej już się nie da napisać.

** J.w.

wtorek, 31 stycznia 2012

Wietnamskie osobliwości, część 2

16.11.2011-13.01.2012, Wietnam

5.     Głodny? Na co czekasz?!

W podróży, nie ma wyjścia, człowiek musi się gdzieś stołować. Ważne jest jednak żeby umieć znaleźć takie miejsce, gdzie można zjeść smacznie, nie nadwerężając jednocześnie skromnego budżetu. W osiągnięciu tego celu wyraźnie pomogło nam szybkie rozgryzienie głównych kryteriów określających standard (czytaj poziom cen) tutejszych jadłodajni. Po pierwsze szerokim łukiem nauczyliśmy się omijać restauracje wabiące swoich klientów napisami w języku angielskim i odwiedzamy niemal wyłącznie miejsca popularne wśród miejscowych. Yvan, o którym wspominaliśmy już przy okazji pobytu w Ben Tre, trafnie zauważył związek pomiędzy cenami i panującymi w lokalu zwyczajami a… wysokością znajdujących się tam krzesełek.


Siedząc niemal metr nad ziemią można oczekiwać więc standardów bliskich europejskim, natomiast gdy podczas posiłku ma się kolana tuż pod brodą, ze strony pozostałych gości należy spodziewać się sporej dawki nieapetycznych zachowań. Dobra, ostentacyjne mlaskanie, cmokanie i burzące od czasu do czasu nasz spokój beknięcia jeszcze ujdą. Tym, co nie mieściło nam się początkowo w głowach jest niesamowity burdel, jaki pozostawiają po sobie biesiadujący Wietnamczycy. Obok każdego stolika stoi zazwyczaj mały, plastikowy kosz na śmieci. Jego funkcja wciąż pozostaje dla nas jednak zagadką, bo nie dość, że z pewnością nie można potraktować go jako ozdoby, to siedzący przy stole ludzie konsekwentnie ignorują jego obecność, rzucając co popadnie na ziemię. Na podłodze w ilościach hurtowych lądują więc m.in. ogryzione kości, sterty chusteczek, a także soczyste splunięcia. Gdy klientela zaczyna już brodzić w syfie po kostki, ktoś zamiata wszystko w kąt i przez chwilę lokal znowu lśni czystością.


6.     Savoir vivre

Żeby móc płynnie poruszać się w obcej sobie kulturze niezbędna jest znajomość podstaw miejscowego savoir vivre’u. Nie jest to takie łatwe, ponieważ to, co przystoi lub nie rożni się diametralnie w zależności od szerokości geograficznej. Różnice te są tak istotne, że często wzajemnie nieakceptowalne przez przedstawicieli odrębnych kręgów kulturowych. Przykład. Podczas niedawnych Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, chiński rząd, mając na uwadze zwrócony w kierunku stolicy wzrok całego świata, pod groźbą kary zakazał zwyczajowego plucia na ulicach. Chińczycy musieli na kilka tygodni wziąć się w garść, ale odwiedzającym w tym czasie Państwo Środka obcokrajowcom oszczędzono tym samym obleśnych widoków.

Olimpiady w Wietnamie natomiast, jak nie było, tak najprawdopodobniej w najbliższych dekadach nie będzie. W związku z tym wszyscy Wietnamczycy od najdalszych północnych zakątków po Deltę Mekongu mogą w spokoju, nie niepokojeni przez nikogo oddawać się publicznie swoim przeuroczym nawykom. A są to, oprócz wspomnianego już wcześniej plucia, także chrząkanie, bekanie, dłubanie w nosie i wzajemne iskanie się.


7.     Cà phê sữa

Zapytani o ojczyznę kawy pierwszym, co przychodzi nam do głowy są zapewne Brazylia, Kolumbia czy rozkochane w swoich espressach i macchiatach Włochy. Nie inaczej odpowiedzieli byśmy i my, gdybyśmy przy okazji wizyty w Buon Ma Thuot nie dowiedzieli się, że w rzeczywistości drugim po Brazylii największym światowym producentem kawy jest - niespodzianka! - Wietnam. Wietnamska kawa nie zagrzała sobie jednak miejsca w świadomości milionów, co swoją drogą nie mieści nam się w głowach, bo uważamy, że jest po prostu zachwycająca!


Nie trzeba być smakoszem, żeby przyznać, że cà phê sữa to po prostu niebo w gębie, a sposób w jaki jest ona podawana dodaje jeszcze całej sprawie pikanterii. Zamawiając, dostaje się bowiem szklankę z warstwą słodkiego skondensowanego mleka na dnie, na której ustawiony jest metalowy wihajster, z którego powolutku, kropla po kropli sączy się do naczynia gęsta kawa. Gdy już dobiegnie końca ten mozolny, wystawiający na próbę naszą cierpliwość proces, całość należy wymieszać i przelać do szklanki z lodem, gdzie podczas kolejnych minut intensywnego mieszania składniki będą się przegryzać. Tak więc dopiero, gdy odczeka się swoje, a pragnienie osiągnie już zenit, można wreszcie zacząć rozkoszować się wspaniałym czekoladowo-kawowym smakiem i aromatem orzeźwiającego napoju.


8.     Hello!

Czytając na temat krajów, które zamierzaliśmy odwiedzić można było odnieść wrażenie, że o ile Laos, Kambodżę i Tajlandię zamieszkują generalnie sympatyczni, uśmiechnięci ludzie, to Wietnamczycy, zwłaszcza ci z północy, nie przypadli większości odwiedzających szczególnie do gustu. To prawda, da się zauważyć pewną różnicę między chłodną północą, a gorącym południem Wietnamu. My jednak, bardziej niż ku określeniu ich - odpowiednio - bardzo/trochę niesympatycznymi, uznaliśmy ich raczej za dość/bardzo przyjaznych.

Ledwo zdążyliśmy wyjść na ulicę, a już zewsząd towarzyszyły nam „Hello!”, „Where are you from?”, „What’s your name?”. Co ważne i (mając na uwadze poprzednie podróże) zaskakujące, nie stanowiły one wcale punktu wyjścia do prób sprzedaży nam czegokolwiek, a były jedynie wyrazem czystego, nieskalanego biznesem zainteresowania.


Przy okazji warto też podkreślić, jak bezpiecznym dla obcokrajowca krajem jest Wietnam. Przez dwa miesiące nie spotkaliśmy się z pojedynczą nieprzyjemną lub potencjalnie niebezpieczną sytuacją. A nie ograniczaliśmy się przesadnie i wybieraliśmy na spacery nawet po zmroku. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku. Wdając się wtedy w zainicjowane przez miejscowych krótkie pogawędki czy odpowiadając szerokim uśmiechem na kolejne pozdrowienia, zastanawialiśmy się często, jak u nas, w Polsce przyjęto by takiego Azjatę, gdyby zamarzyła mu się wieczorna przechadzka. Nie to, żebym w nas nie wierzył, ale istnieje spora szansa, że ta historia mogłaby mieć nieprzyjemny finał. W tych kwestiach moglibyśmy się wiele od Wietnamczyków nauczyć.


9.     Nie takie znowu wesołe miasteczko

Jakiś czas temu ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby stworzyć najmłodszemu pokoleniu idealne okoliczności do beztroskich zabaw. Nie wiem, czy była to część jakiegoś ogólnopaństwowego planu czy też oddolna inicjatywa mieszkańców, ale fakt pozostaje faktem, że na potęgę pobudowano wszędzie wesołe miasteczka. Widok diabelskich młynów, niewielkich kolejek górskich i strzelnic, na których trafienie z kilku metrów w zapałkę było premiowane otrzymaniem, dajmy na to, pluszaka, wpisany jest szczególnie mocno w krajobraz leżących w Delcie Mekongu miasteczek i wsi. Obecnie jednak, zamiast wypełniających je niegdyś śmiechów i radosnej atmosfery, stoją zapomniane, odgrodzone od świata płotami. Porośnięte chwastami, zżerane przez rdzę i nieuchronnie rozpadające się na kawałki stanowią już jedynie smutny cień samych siebie i przygnębiające wspomnienie zamierzchłych czasów.

niedziela, 29 stycznia 2012

Wietnamskie osobliwości, część 1

16.11.2011-13.01.2012, Wietnam

Wietnamskie osobliwości, czyli kilka nie popartych głębszymi przemyśleniami spostrzeżeń, których z różnych przyczyn nie ująłem w poprzednich rozdziałach. Wpisy powstały przy nieocenionym udziale Haneczki.


1.     Prawa autorskie

Prawa autorskie zastrzeżone? Skądże znowu, skoro łamiąc je biznes może okazać się bardziej lukratywny. I nie chodzi tylko o, mocno ugruntowane również w polskich realiach, sprzedawanie na rynkach i bazarach podróbek markowych ciuchów czy elektroniki. W Wietnamie pojęcie plagiatu osiągnęło kompletnie nowy wymiar, a amatorzy cudzej własności intelektualnej swoją działalność prowadzą na absolutnie niespodziewanych płaszczyznach.

Szczytem bezczelności jest, szczególnie popularna w Hanoi, praktyka, zgodnie z którą jeśli tylko jakiś hotelik dorobi się renomy wystarczającej do bycia wspomnianym na łamach przewodników (takich jak chociażby Lonely Planet), nie minie rok, jak w jego najbliższym sąsiedztwie jak grzyby po deszczu powstaną kolejne, które mimo że z nim nie związane, to jednak wabiące klientelę bez żenady korzystając z jego nazwy i logo.


2.     Krzyk mody

Jak świat długi i szeroki to kobiety i ich ubiór są wyznacznikiem lokalnej mody. Nie inaczej jest w Wietnamie, z tą różnica, że Wietnamki kompletując swoją garderobę, nie kierują się trendami proponowanymi przez paryskie i mediolańskie wybiegi. Zamiast tego postawiły na komfort. Przemierzając tutejsze ulice nie uświadczysz więc ekstrawaganckich strojów czy bogatej różnorodności stylów. Uwagę zwraca natomiast fakt, że tutejszy rynek kobiecych ciuszków zalany został przez coś, co dla nas Europejczyków do złudzenia przypomina… piżamę. Mimo braku różnorodności w kroju i fasonie, nie można odmówić braku fantazji w kwestii charakteryzujących je zarówno krzykliwych kolorów, jak i fantazyjnych deseni.


3.     Ace of Pejs

Wietnamscy mężczyźni, tak jak z resztą pozostali Azjaci, nie mogą zazwyczaj pochwalić się bujnym zarostem. Jedynymi, którzy mogą poszczycić się jakimikolwiek osiągnięciami na tym polu są przede wszystkim znani z licznych filmów karate sędziwi mistrzowie wschodnich sztuk walki, noszący liche, ale za to długie i wypielęgnowane kozie bródki. Pozostali, spoglądając na to z zazdrością, chwytają się wszelkich sposobów, żeby choć w niewielkim stopniu móc się do nich upodobnić.

Szczególnie nieapetycznym przejawem tego są ci, dla których substytut normalnego zarostu stanowią włosy wyrastające wprost ze znajdujących się na twarzy kurzajek, które nigdy nieobcinane (włosy, nie kurzajki) tworzą ohydne pasemko, w skrajnych przypadkach sięgające nawet mostka. Pierwszym efektownym tego przykładem był pracujący na komisariacie w Hanoi policjant, którego ochrzciliśmy mianem Ace of Pejs.

4.     Każdy orze jak może

Wprawdzie Wietnam wydaje się być prężnie rozwijającym się państwem, jednak poza centrami Hanoi i Sajgonu próżno szukać tu, charakterystycznych choćby dla naszego kraju, biurowców, dokąd tłumnie zmierzałyby rzesze Wietnamczyków pod krawatem, żeby odbębnić swoje 8 godzin. Tutaj w pogoni za groszem wielu ludzi prowadzi na własną rękę jakiś niewymagający zadaszonego biura small-business. Poza powszechnymi w zasadzie na całym świecie ulicznymi garkuchniami czy rozstawionymi na chodnikach stoiskami, na których kwitnie handel dosłownie wszystkim, istnieje także spora grupa ludzi parających się zajęciami z naszego punktu widzenia co najmniej dziwnymi. Spośród tłumów udało nam się dotychczas wyłowić kilka prawdziwych perełek.

Uliczny golibroda i mobilny kwiaciarz
Nie wymagają komentarza.


Śpiewająca waga
Przemierzając wietnamskie miasteczka kilkakrotnie byliśmy zaczepiani przez osoby oferujące za drobną opłatą możliwość sprawdzenia swojej wagi i wzrostu. Niby normalka, ale tym co nam się szczególnie w tym spodobało był fakt, że pchany na wózku przyrząd, oprócz swoich mierniczych zastosowań, przy okazji umilał okolicy czas odtwarzając głośno skoczne przeboje disco. Raz nawet właścicielowi jednej z takich wag udało się mnie zwabić na jakąś azjatycką wersję któregoś z przebojów Bee Geesów. Wynikiem pomiaru byłem jednak rozczarowany, bo waga oceniła mnie na o kilka oczek więcej, niż jeszcze tego samego dnia rano dało mi do zrozumienia lustro.

Disco-stoisko
Niemal powszechnym widokiem w Wietnamie są mieszczące się na specjalnie przystosowanych do tego motorach stoiska. Można się tam zaopatrzyć we wszystko, czego dusza zapragnie, a że jest ich całe mrowie, to wiążąca się z tym zacięta konkurencja wymaga, by zadbać w jakiś sposób o marketing. Rozwiązanie znaleźli proste i niezwykle skuteczne. W związku z towarzyszącą każdemu ich pojawieniu się przeraźliwie głośną, zagłuszającą dosłownie wszystkie dźwięki otoczenia muzyką, nie zauważyć ich po prostu nie sposób. Co ciekawe, nie spotkaliśmy się dotąd z przypadkiem, żeby sprzedawano tam cokolwiek w luźny chociażby sposób powiązanego z muzyką.


Piszcząca pańcia
Na podobny, ale o niebo dyskretniejszy pomysł na bycie dostrzeżonymi wpadły kobiety zajmujące się zbieraniem surowców wtórnych. Pojawienie się którejś z nich na ulicy zwiastuje dźwięk do złudzenia przypominający piszczącą psią zabawkę. Nam szczególnie dał się on we znaki w Dalacie, gdzie ulica przy której znajdował się nasz hotel była chyba tamtejszym recyclingowym zagłębiem i od wczesnych godzin porannych do samego zmierzchu przewijała się przez nią pielgrzymka kobiet uzbrojonych w, mające destrukcyjny wpływ na nasz sen, piszczące urządzenia.

piątek, 20 stycznia 2012

Plaża, palmy, drinki z parasolkami, szampan i takie tam, odsłona druga

Otres Beach* (Sihanoukville), 16-21.01.2012


  



  
 
__________
* Wieść gminna niesie i potwierdzają to jakieś podejrzane rankingi, że jest to rzekomo 18. najpiękniejsza plaża na świecie. Byliśmy, wierzymy.