piątek, 7 października 2016

Szacunek ludzi ulicy

Ubud (Bali), 02.10.2016

Bali, jak świat długi i szeroki kojarzy się głównie z rajskimi plażami, nad których białym i delikatnym jak mąka piaskiem gną się w pokłonach rzędy palm. Prawda jest jednak taka, że na takie widoczki można liczyć jedynie na południowym skrawku wyspy, bo reszta wybrzeża to ciemny, gruboziarnisty, wulkaniczny piach, do którego leżaki i drinki z parasolkami z naszych wyobrażeń po prostu nie pasują. Niestety, jeśli wierzyć w to, co piszą w internetach, południe zaanektowane zostało przez hordy zapijaczonych Australijczyków, którzy robią z niego podobny użytek, co (nie mniej zapijaczeni) Anglicy z naszego Krakowa, czyli przyjeżdżają tam żłopać hektolitry tańszego niż u siebie piwa i klepać po tyłkach miejscowe dziewczyny. Hmm... Muszę przyznać, że jakby się tak chwilę zastanowić, to jest w tym w sumie jakiś sens, lecz chcąc wieść żywot ascetyczny* wolałem udać się do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów w głąb wyspy Ubud.

Miasteczko - cytując przewodniki - wyróżnia panująca w nim artystyczna atmosfera, a liczone w setkach świątynie hinduistyczne** i czerpiące z unikalnej, miejscowej tradycji galerie sztuki sprawiają, że jest ono uznawane za kulturową stolicę wyspy. Ja jestem prosty chłop z prowincji i galerie są mi do szczęścia absolutnie zbędne (no, chyba że handlowe!), ale za to świątynie i generalnie cały aspekt religijny zrobił na mnie naprawdę piorunujące wrażenie. Spacerując po zakamarkach Ubud (jak i po całej wyspie w ogóle) powszechnym widokiem są położone na każdym kroku kapliczki Ganeszy, Laksmi czy innego Hanumana, przy których Balijczycy przez cały dzień palą kadzidła i składają symboliczne ofiary z pokarmu. Często robią to "po cywilu", bez specjalnych ceregieli, ale bywa także, że założywszy odświętne nakrycie głowy i opasawszy się sarongiem, nadają temu ceremonialną i - dla obserwatora z zewnątrz - głęboko mistyczną formę. Czas staje wtedy w miejscu, a nam nie pozostaje nic innego, jak w skupieniu podziwiać ten piękny spektakl.


Nazajutrz po przyjeździe na Bali wybraliśmy się do Małpiego Lasu, jednej z sztandarowych atrakcji Ubud. Jest to bujny tropikalny las przecięty w pół głębokim na kilkadziesiąt metrów wąwozem i okalający zbudowaną w XIV wieku świątynie boga Śiwy. Po jego terenie hasa sobie nieskrępowanie kilka stad makaków, do tego stopnia przywykłych już do ludzkiego towarzystwa, że praktycznie nie zwracających na nas uwagi. Zachowują się więc całkowicie naturalnie, a jedyną osobą, przed którą stają na baczność i którą omijają szerokim łukiem była pani ze stoiska z bananami. A wszystko to za sprawą sękatego kija, z którym nie rozstawała się nawet na chwilę i który już zapewne nie raz pomógł jej ustalić kto tu rządzi. To się właśnie nazywa szacunek ludzi ulicy.



Ja niestety nie byłem tak dobrze wyposażony, a i z piosenek Rycha Peji wyniosłem mniej nauk niż wspomniana pani, więc ze mną pogrywały sobie znacznie bezczelniej. Małpy jedne! Raz nawet jedna taka znienacka wskoczyła mi na plecy i widząc moją dość niespokojną reakcję wbiła mi pazury w okolice lewej łopatki. Krew na szczęście nie lała się strumieniami, a ja dopiero co byłem szczepiony na taką właśnie okoliczność, więc obeszło się bez lamentu, ale i tak wychodząc stamtąd udałem się do punktu pierwszej pomocy, żeby dać się opatrzyć i zasięgnąć języka u kogoś bardziej obeznanego z tematem. Tam sympatyczny pan wyjaśnił mi, że nie ma strachu, bo wszystkie małpki mają aktualne książeczki sanepidu, a samo skaleczenie jest na tyle nie wielkie, że się raczej nie wykrwawię, więc mogę spać spokojnie. Jako, że mam duży szacunek do służby zdrowia, to potraktowałem jego słowa na tyle poważnie, że niedługo później wróciliśmy do siebie i na wszelki wypadek położyłem się spokojnie spać.


----------
* A żeby móc bujać się przez ponad pół roku po obczyźnie bez stałego źródła przychodu, po prostu trzeba taki wieść.

** Mimo, że Indonezja jest generalnie krajem muzułmańskim, to dominującą religią na Bali jest właśnie hinduizm.

wtorek, 4 października 2016

Znajdź dziesięć różnic

Bali (Indonezja), 02-08,15-25.10.2016

Kiedy zabieraliśmy się do tworzenia wstępnego zarysu tego, jak wyobrażamy sobie tę podróż i ustalenia, które kraje chcielibyśmy tym razem odwiedzić, temat Indonezji pojawiał się w zasadzie na każdym kroku. Pech chciał jednak, iż proza życia pozwoli Haneczce o sobie zapomnieć dopiero w listopadzie, kiedy nad Indonezją na dobre hulać już będzie monsun, więc zmuszona była sobie odpuścić. Ja natomiast, nie chcąc odkładać wizyty w tym wyspiarskim kraju na nieokreśloną przyszłość, postanowiłem przylecieć tu już na początku października.

Mając trochę ponad trzy tygodnie do dyspozycji musiałem ograniczyć swoje plany do odwiedzenia niewielkiej tylko części składającego się z ponad 17.000 wysp kraju. Zdecydowałem, że na pierwszy ogień pójdzie Bali, w czym wydatnie pomogło mi nurtujące mnie od dawien dawna pytanie na temat dziesięciu różnic pomiędzy kształtem wyspy i pewnego sympatycznego czworonoga. Dotychczas udało mi się jedynie zauważyć, że Bali nie ma fikuśnej kokardki, więc pozostałych dziewięciu postanowiłem poszukać u źródła. A czy je znajdę, to się dopiero okaże...



Bali już kilka dobrych dekad temu ugruntowało swoją pozycję w gronie miejsc, które z radością szturmowane są przez żądnych egzotyki turystów, więc dodatkowy marketing był już wyspie w zasadzie zbyteczny. Tak się jednak złożyło, że kilka lat temu na ekrany kin trafił film pt. "Jedz, módl się, kochaj" z Julią Roberts, którego (z braku lepszego słowa) akcja toczyła się w dużej mierze właśnie na Bali i spowodował on totalny boom na wizyty w tym miejscu. Podobne sytuacje nierzadko prowadzą do tego, że miejscowy sektor turystyczny po prostu wariuje i w obliczu nieprzebranych rzesz odwiedzających nagle zmienia swoje podejście wobec nich z dotychczas wypracowanego na "jedz, płać i spie*dalaj". Byłem już świadkiem tego typu transformacji i nie ukrywam, że lecąc tu trochę się tego obawiałem. Z tym większą radością stwierdzam więc, że nic podobnego nie miało tu miejsca, a na podstawie pierwszych spostrzeżeń mogę śmiało powiedzieć, że Balijczycy należą do najsympatyczniejszych ludzi, z jakimi miałem dotąd do czynienia. W związku z tym, że zamierzamy z tatą spędzić tutaj trochę czasu, to myślę, że nadarzy się jeszcze okazja, żeby ten wątek rozwinąć.

niedziela, 2 października 2016

Tytułem wstępu

Drogie Czytelniczki, drodzy Czytelnicy.

Z radością ogłaszam długo wyczekiwaną reaktywację Jaktotakto oraz fakt, że po pięciu latach ponownie nadajemy z Azji. Mam nadzieję, że nie uschnęliście w międzyczasie z tęsknoty i nadal, tak jak poprzednio możemy liczyć na pozytywny odbiór i ciepłe słowo z Ojczyzny*.

Tytułem wstępu i pobieżnego nakreślenia okoliczności wyjazdu, wspomnę tylko, że po Azji zamierzamy się szwendać do końca kwietnia, a cała podróż - w związku z mającym miejsce 9. września spektakularnym końcem "Złotej Ery Konkubinatu" - awansowała niespodziewanie do rangi poślubnej.

Siedmiomiesięczna podróż poślubna? Tak to się właśnie robi w Las Vegas! Pikanterii całemu przedsięwzięciu dodaje fakt, że pierwsze tygodnie spędzę tutaj z moim tatą - Jurkiem, a Haneczka (serce i szara eminencja projektu oraz źródło niedawnych matrymonialnych zawirowań) dołączy dopiero na początku listopada, więc do tego czasu muszę jakoś sobie radzić bez niej.

Trzymajcie kciuki, czytajcie, komentujcie. Niech Snoop będzie z wami.

----------
* tj. stamtąd, gdzie bursztynowy świerzop i dzięcielina pała, jakby kto nie wiedział.

środa, 13 czerwca 2012

Bedzie

Kraków, 12.06.2012

Bedzie tego dobrego.

We wtorek o 3 nad ranem dotarliśmy wreszcie do Krakowa. Dzień wcześniej wystartowaliśmy w Satu Mare w Rumunii i przebrnąwszy przez Węgry i Słowację koło północy wylądowaliśmy gdzieś pod Dębicą. Tuż po pierwszej w nocy zlitowała się nad nami jadąca do Krakowa para Przemyślan i dwie godziny później byliśmy już w domu. Naszą siedmiomiesięczną podróż zakończyliśmy tym samym karkołomnym wyczynem w postaci przebycia drogi ze Stambułu do Krakowa w całości na stopa*.


Serdecznie dziękujemy wszystkim śledzącym na blogu nasze przygody. Mamy nadzieję, że się podobało.

Szczególne wyrazy wdzięczności należą się natomiast tym, którzy swoimi mailami pomogli nam utrzymać jako taki kontakt z Polską i rozpędzać czarne chmury tęsknoty, które od czasu do czasu kłębiły się nad naszymi głowami.


pozdrowienia z Krakowa

Jaktotakto


__________
* Na wpisy dotyczące tego etapu podróży trzeba jednak będzie jeszcze poczekać, bo już się trochę tym całym pisaniem zmęczyłem. Ale jak mi przejdzie, to nadrobię zaległości. Obiecuję.

niedziela, 3 czerwca 2012

Kuchenne rewolucje

Melaka, 13-17.05.2012

Miasto duchów to miasto duchów, a opowieści na ich temat można by mnożyć. Będąc na miejscu również i nam zdarzyło się wysłuchać kilku mrożących krew w żyłach historii, co Haneczka przypłaciła nawet nieprzespaną nocą. Jednak tym co naprawdę spędzało nam sen z powiek okazały się być nie nawiedzające okolicę zjawy, a malezyjska kuchnia. To, co oni tam wyrabiają nie mieści się po prostu w głowach. Żeby jednak uniknąć późniejszych oskarżeń, że prowadzimy tu blog kulinarny ograniczę się do jednego tylko przykładu. Cendol - jest to występujący w kilku odmianach deser, którego podstawą jest zmielony lód, który nasącza się słodszym od cukru skondensowanym mleczkiem kokosowym, a całość ozdabia wykonanymi z mąki ryżowej, zafarbowanymi na toksyczne kolory żelkami i - uwaga! - czerwoną fasolą. Jeśli komuś taka kombinacja pasuje, to życzę smacznego.


W obliczu nie podchodzącego nam kunsztu malajskich i chińskich kucharzy zmuszeni byliśmy przywrócić do łask kuchnię hinduską. Zrezygnowaliśmy z niej pół roku temu po tym, jak zjedzona w indyjskiej restauracji w Sapie kolacja dosłownie wywinęła nas na lewą stronę. W Melace kuchnia rodem z subkontynentu okazała się być jedyną rozsądną alternatywą dla serwowanego wszędzie indziej obrzydliwego nasi lemak, więc cały pobyt tutaj upłynął nam pod znakiem wszelkich wariantów roti oraz wspaniałej herbaty z mlekiem - teh tarik. Dzięki konsekwentnemu stołowaniu się w pewnej restauracji dorobiliśmy się nawet zaszczytnego tytułu ulubionych klientów lokalu, co w mig rozpoznaliśmy po lądujących na naszym stole gratisach. W ramach rewanżu przyznajemy, że również i owa restauracja przebojem weszła do ścisłej czołówki naszych ulubionych azjatyckich jadłodajni. Zawdzięcza to nie tylko wyśmienitemu jedzeniu i sympatycznej kadrze, ale także temu, że większość potraw serwowana była wprost ze stojących naprzeciwko kasy wiader. Żywcem nie było się do czego przyczepić. Pięciogwiazdkowy lokal*.


Ostatniego spędzonego w mieście wieczora, jak gdyby na potwierdzenie tego, że z hindusami nam ostatnio generalnie po drodze, udaliśmy się do hinduskiej świątyni, gdzie akurat odbywała się związana z jakimś szczególnym układem gwiazd ceremonia. Wnętrze wypełniały dźwięki szalonej, granej na bębnach i trąbce muzyki oraz spowijał gęsty, gryzący dym, unoszący się z płonącego w centrum ogniska. Wokół niego tłoczyli się wierni, którzy gdy tylko otrzymali od kapłanów odpowiednie błogosławieństwo, wrzucali za ich pośrednictwem w płomienie dary symbolizujące podstawowe żywioły. Ziarna zbóż (ziemia), proch ze spalonych kadzideł (powietrze) i mleko (woda) trawione przez (występujący w swoim własnym imieniu) ogień stanowić miały wyraz wdzięczności za otrzymane od natury dobra i jednocześnie symbolizować panującą na poziomie uniwersum równowagę.

Fakt, że byliśmy tam jedynymi obcymi nikomu nie przeszkadzał, a wręcz przeciwnie - spotkaliśmy się z bardzo gościnnym przyjęciem. Co chwilę byliśmy zaczepiani przez kogoś, kto chciał się przedstawić, zamienić z nami kilka zdań lub po prostu uścisnąć nasze dłonie. Mieliśmy dzięki temu okazję lepiej zrozumieć przebieg ceremonii, co w efekcie umożliwiło nam bardziej świadome w niej uczestnictwo. Całe nabożeństwo trwało dobre dwie godziny, więc gdy tylko zakończyła się ostatnia rundka po dedykowanych każdemu bogu z osobna kapliczkach, wraz ze zgromadzonym w świątyni towarzystwem udaliśmy się na zewnątrz na wspólną regenerującą siły kolację i ploteczki. Jako, że uczestniczyliśmy w praktycznie całej ceremonii, to do siebie wracaliśmy nie dość, że pobłogosławieni jak należy i w poczuciu zjednoczenia z absolutem, to jeszcze na dowód tego z czołami wysmarowanymi prochem i z czerwonymi kropkami pomiędzy brwiami. Brakowało tylko, żebyśmy sobie jeszcze pod nosem jakąś mantrę nucili…


Skoro już o religii mowa, to wypada wspomnieć, jak niezwykle wielokulturowym krajem jest Malezja. Trochę ponad połowę mieszkańców stanowią tu muzułmanie, mniej więcej co czwarty Malezyjczyk jest buddystą, a około 8% wyznaje hinduizm, co niemal idealnie pokrywa się z podziałem etnicznym społeczeństwa (Malajowie, Chińczycy, Indusi). Uliczka przy której mieścił się nasz hostel była w tej kwestii niesamowicie reprezentatywna i w odległości kilku kroków od siebie znajdowały się tam zarówno meczet, jak i świątynie buddyjska, chińska oraz hinduska, a o rzut ogryzkiem stały jeszcze dwa kościoły chrześcijańskie i świątynia sikhijska. Warto przy tym podkreślić, że owa różnorodność nie stała się jak dotąd zarzewiem żadnych poważniejszych konfliktów i tworzy bazującą na tolerancji i wzajemnym szacunku niezwykłą etniczno-religijną mozaikę. Nie mamy pojęcia w jaki sposób osiągnięto taki stan, ale zdecydowanie wypada go Malezyjczykom pogratulować.

__________
* No nic, teraz to już nie mamy jak uciec przed włożeniem nas do kulinarnej szufladki i od dziś publikować powinniśmy pod pseudonimem Magda Gessler.