wtorek, 24 kwietnia 2012

Dr Jekyll, Mr Hyde

Bangkok, 16-18.04.2012

Pierwszą kwestia, którą zmuszony jestem poruszyć, jest sprostowanie. Okazało się bowiem, że wbrew temu co twierdziłem wcześniej, wielkich miast nie darzymy z Haneczką bezgraniczną niechęcią. Zaznaczam jednak, że wina nie leży w nas samych, lecz w naszych dotychczasowych doświadczeniach. Na samym początku trafiliśmy do Hanoi. Pierwsze wspólne kroki na azjatyckim szlaku niezależnie od lokalizacji i tak miałyby w sobie coś magicznego. Samo miasto już nie koniecznie. Następny w kolejce, Sajgon, lubić się po prostu nie dał, a odwiedzone w następnych miesiącach Phnom Penh i Wientian, to jedynie stolice, a nie metropolie z prawdziwego zdarzenia, nie miały więc nic do gadania w kwestii zmiany naszego podejścia. Tymczasem przyszedł czas na Bangkok, około 10milionowe miasto, które ku naszemu zdziwieniu rozkochało nas w sobie już od samego początku i zamiast zakładanego punktu przesiadkowego w drodze na południe kraju, stało się dla nas domem na prawie dziesięć dni.


Dotarliśmy tutaj z Ko Chang z pewną Niemką, której wizja pierwszego w życiu poważnego stopowania wydała się na tyle pociągająca, że nie namyślając się długo olała opłacony z góry nocleg i postanowiła wspomóc nas swoim kciukiem w drodze do stolicy. Kristina mając w przeciwieństwie do nas napięty harmonogram, nie mogła sobie pozwolić na zmarnowanie choćby dnia, czym skutecznie zdopingowała nas do porzucenia świeżo wyrobionych plażowych nawyków i narzucenia sobie ostrego tempa zwiedzania. W ciągu dwóch pierwszych dni wybraliśmy się więc wspólnie podziwiać niemal stuhektarowy teren otaczający Pałac Królewski, będący dawną siedzibą tutejszych monarchów oraz kompleks świątynny Wat Pho.



Oszałamiające piękno i splendor tych miejsc, zmusiły nas do ponownego przemyślenia wyznawanej do niedawna zasady, każącej nam szerokim łukiem omijać wszelkiego rodzaju świątynie. W całej Tajlandii jest ich po prostu zatrzęsienie, jednak te widziane dotychczas były w znakomitej większości bardzo do siebie podobne, więc na pewnym etapie podróży zaniechaliśmy już niemal całkowicie wizyt i ograniczyliśmy się jedynie do rzucania na nie okiem z bezpiecznej odległości. Nie bez znaczenia pozostawał także fakt, że oboje z Haneczką cierpimy na syndrom angkorski, objawiający się tym, że po wrażeniach, których dostarczyły nam kambodżańskie ruiny, niezwykle trudno nas czymś zachwycić, o wywołaniu opadu szczęki nawet nie wspominając. Niespodziewanie jednak olbrzymia dawka wrażeń, jaką poczęstowały nas Pałac Królewski i Wat Pho okazała się znakomitym antidotum. Mimo morderczego upału z radością na długie godziny oddaliśmy się więc podziwianiu strzelistych stup, kolorowych pagód i ociekających złotem podobizn Buddy, spośród których jedna, zapadając nam szczególnie mocno w pamięć, zasłużyła sobie na wymienienie jej z imienia i nazwiska. Mam na myśli imponujący, wyłożony złotem, długi na 46 metrów i wysoki na 15 posąg Leżącego Buddy, przedstawiający jego śmierć i przejście w stan nirwany. Arcydzieło.


Obydwa wspomniane miejsca znajdują się w odległości rzutu beretem zarówno od siebie nawzajem, jak i od naszego hotelu, leżącego w samym zielonym sercu otoczonej rzeką i kanałami quasi-wysepki Ko Ratanakosin. Ale żeby nie było, że wszędzie tu tylko świątynie, pałace, zadrzewione ulice i skowronków śpiew, to wypada wspomnieć o znajdującej się nieopodal osławionej Khao San Road, o której bez przesady można powiedzieć, że jest aktualnie turystyczną stolicą świata, a która w naszym odczuciu reprezentuje ciemną stronę miasta. Za dnia jest to po prostu strasznie ruchliwa ulica, na której pośród setek oferujących standardowe rzeczy stoisk, znaleźć można dosłownie wszystko. Na przykład zaopatrzyć się w podróbki dyplomu z Oxfordu czy innego Harvardu, prawa jazdy dowolnego kraju albo legitymacji Interpolu. A wszystko to podobno dobrej jakości.


Pomysłowość ludzka, jak wiadomo, nie zna granic. Jednak granice dobrego smaku z pewnością znacznie przekracza to, co ma miejsce, gdy tylko nad okolicą zapadnie zmrok. Przekonaliśmy się o tym pewnego wieczora, kiedy z poznanym jeszcze na Ko Chang Holendrem wybraliśmy się tam na imprezę. Gdy już dotarliśmy na Khao San, nie dało się przejść spokojnie kilku kroków, żeby nie być zaczepianym przez niezliczonych ponurych typów, natrętnie namawiających na udział w obleśnych sex-showach. Dla uniknięcia nieporozumień każdemu napotkanemu farangowi, niezależnie od płci i wieku podtykają pod nos niepozostawiające cienia wątpliwości ulotki.


Jakby tego było mało, to (oficjalnie nielegalna) prostytucja kwitnie tu w najlepsze. Sporadycznie patrolujący ulice stróże prawa przymykają jednak na nią oko, skupiając się przede wszystkim na strofowaniu bab, którym garkuchnie wyjechały za bardzo na ulicę, uniemożliwiając komfortowy spacer podstarzałemu białasowi przechadzającemu się ze „swoją” tajską dziewczyną. Kupioną za dolary lub euro i rozmieniającą swoje życie na drobne u boku kogoś, kogo imienia nie nauczy się nawet porządnie wymawiać, zanim ten zniknie, a pojawi się kolejny. Eh, smutne to wszystko, jak jasna cholera.

Dobra, żeby nie było, że przynudzam i wpadam w smętne tony, to na zakończenie proponuję przyjemny akcent w postaci przewinięcia strony odrobinę w górę i obejrzenia raz jeszcze zdjęć z pałacu i świątyń.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Księga dżungli

Chumphae, Park Narodowy Khao Yai, 03-05.04.2012

Opuszczając Sukhothai mieliśmy jedynie pewność, że przez najbliższy dzień lub dwa, zależnie od sukcesów na polu stopowania, będziemy kierować się na wschód. Tak po prostu, na wschód. Bez absolutnie żadnych konkretów. Północny-wschód kraju to bowiem region nie odkryty jeszcze przez świat, a nasz przewodnik mówi wręcz wprost, że nawet sami Tajowie uważają go za zapyziałą prowincję* i ani w nim, ani w internecie nie udało nam się wyszperać informacji na temat miejsc, które koniecznie należałoby odwiedzić, jeśli już przypadkiem się tam znajdzie. Pozostała więc improwizacja.

Cały jeden dzień zabrało nam dotarcie do zupełnie anonimowego Chumphae, które swoją obecność na mapie zawdzięcza wyłącznie temu, że znajduje się na skrzyżowaniu dróg o istotnym znaczeniu regionalnym. Naszą w nim wizytę miasteczko zawdzięcza z kolei jednemu ze stopowych przykazań, a mianowicie „jak dają, to brać!”, które dało o sobie znać, gdy tylko wyszło na jaw, że pewien sympatyczny, podwożący nas do Lom Sak, serwisant klimatyzacji jechał tak naprawdę znacznie, znacznie dalej. Przykazanie, to przykazanie**, nie mieliśmy w związku z tym wiele do gadania i o zmroku dotarliśmy do Chumphae.


Rozeznanie się w tutejszej bazie hotelowej nie zajęło nam zbyt wiele, bo ograniczała się ona jedynie do dwóch miejsc. Nie chcąc dzielić pokoju ze szczurami, zdecydowaliśmy się na droższą z opcji. Niestety, jak zorientowaliśmy się po powrocie z kolacji, naszymi sąsiadkami okazały się być lokalne „pracownice sektora publicznego”, które właśnie w naszym hotelu zajmowały się „przyjmowaniem stron”. W związku z powyższym, puszczane zazwyczaj płazem, drobne plamy na prześcieradle nabrały zupełnie nowego wymiaru i zanim zmorzył nas sen zmuszeni byliśmy do drobiazgowej inspekcji pościeli. Mając już dość tego burdelu (taki niewinny żarcik), po ponownym wnikliwym wczytaniu się w przewodnik, zobaczyliśmy światełko w tunelu. Park narodowy Khao Yai, leżący w połowie mocno okrężnej drogi na, będącą naszym celem, wyspę Ko Chang.


Parki narodowe mają to do siebie, że stanowią świadectwo przeszłości, w której my, jakby nie patrzeć, gustujemy. Nowy Jork, Tokio i Dubaj wzięte razem nie kręcą nas nawet w połowie tak, jak możliwość wizyty w miejscu, w którym możemy choć na chwilę zapomnieć o XXI wieku i poobcować jak należy z naturą. Khao Yai nadaje się do tego znakomicie, na co z resztą, jako jeden z największych lądowych lasów deszczowych w Azji, ma papiery od samego Unesco.

Gdy już dotarliśmy na miejsce machnęliśmy na rozgrzewkę kilometrowy szlak, biegnący wokół centralnego punktu parku. Na jego trasie przy odrobinie szczęścia i sokolim wzroku można było liczyć na wypatrzenie gibonów, zgrabnie przeskakujących pomiędzy koronami drzew. Jednak nici z tego, bo zaraz na starcie postanowił nam towarzyszyć uroczy tajski chłopczyk, który upodobał sobie zajęcie, polegające na tym, że przez całą drogę chował się za każdym, najlichszym nawet krzakiem, wyskakując zza którego darł się do nas w niebogłosy. Zabawa była szampańska, nie powiem, ale okoliczne małpy ogłosiły czerwony alarm i tyle je widzieli.


Szansa na zobaczenie gibonów, dzikich słoni lub też innych przedstawicieli tutejszej fauny była wprawdzie czysto teoretyczna, ale to i tak wystarczyło, żebyśmy podjęli wyzwanie, na cel biorąc jedną z dłuższych dostępnych dla odwiedzających, niemal pięciokilometrową trasę, prowadzącą przez znacznie dziksze rejony tutejszej dżungli. Mimo, że nie udało się wprawdzie zobaczyć niczego słusznych rozmiarów, to wyprawę mogliśmy jednak ostatecznie uznać za spory sukces. Kilkakrotnie trafiliśmy bowiem na istoty, z których istnienia nie zdawaliśmy sobie wcześniej sprawy. Tygrys byłby może bardziej ekscytujący, ale odkryciem byłby żadnym. Za to dziwaczne, mechanicznie poruszające się kolczaste owady, znaczące swoją drogę śladami białego pudru to odkrycie jak się patrzy! Dobry kwadrans zajęło nam odklejenie od nich wzroku. Nie było to łatwe, bo drażnienie ich kijkiem i obserwowanie zeskakujących jak popcorn ze swojej gałęzi, to kwintesencja dobrej zabawy.


Żeby nie było, że atrakcje na tym się skończyły. Nic z tych rzeczy. Podczas kilkugodzinnej przeprawy widzieliśmy drzewa, tak wielkie, że ledwie można je było objąć nie tylko wzrokiem, ale wręcz wyobraźnią. Grube jak udo liany pnące się dziesiątki metrów w górę, skutecznie starające się wykiwać całą resztę bardziej stacjonarnych sąsiadów w pojedynku o dostęp do słońca. Przechodziliśmy przez rzekę z trudem balansując na pniu zwalonego w poprzek niej drzewa, a potem odpoczywając na platformie widokowej obserwowaliśmy zbliżające się do nas powoli, ale nieuchronnie potężne oberwanie chmury. Przyroda to naprawdę piękna sprawa.


Chwilę po tym, gdy opuściliśmy już park i na pace pick up’a tutejszych leśników gnaliśmy w kierunku naszej kwatery, nad okolicą przeszła gwałtowna burza, która przemoczyła nas do suchej nitki. Nie jesteśmy z cukru, więc jakoś przetrwaliśmy i przeszło nam nawet przez myśl, że to dosyć wymowny akcent na koniec dnia. Żebyśmy przypadkiem nie zapomnieli, kto tu naprawdę rządzi.

Tuż przed snem zamarzyła nam się jeszcze kolacja i spacerując w jej poszukiwaniu mieliśmy wątpliwą przyjemność być świadkami totalnie barbarzyńskiej rozrywki, a mianowicie walk kogutów. Obrzydzenie mnie bierze, jak myślę o tych pozbawionych wyobraźni jełopach, śliniących się na widok, jakby na to nie patrzeć, robiących sobie krzywdę zwierząt. Trafiliśmy tam na szczęście zanim jeszcze zaczęła się prawdziwa jatka, więc (jako naczelny cenzor jaktotakto2011) pozwoliłem sobie na publikację zdjęcia i krótkiego filmu.


_________
* Żeby to zobrazować posłużono się nawet porównaniem, że z innym obcokrajowcem można tam stanąć oko w oko niemal równie często, jak z tygrysem. Zaznaczono przy tym, że nie wynika to bynajmniej ze szczególnie licznej populacji tych dzikich zwierząt.

** Kiedyś z moim bratem, Janenkiem, wybraliśmy się stopem do Grecji. Kierując się wspomnianą zasadą, polując na transport z Rabki do Wiednia, o mało nie pojechaliśmy do Saint Tropez. Nie wyszło, ale kilka tygodni później nadrobiliśmy to i zamiast w kilka godzin dotrzeć z Sarajewa do Mostaru (obydwa miasta w Bośni i Hercegowinie, jakby ktoś nie wiedział), podróżowaliśmy przez dwa dni z pewną Szwajcarką, ostatecznie lądując w chorwackim Splicie. Nie minął tydzień, a mając nadzieję na przedostanie się z czarnogórskiego Kotoru do stolicy kraju - Podgoricy, dotarliśmy do Dürres w zupełnie nie branej przez nas pod uwagę Albanii. Przykazanie, to przykazanie. Kropka.

sobota, 14 kwietnia 2012

Nie ma bahta

Sukhothai, 01-02.04.2012

W stopowaniu, jak już wspomniałem, najbardziej kręci nas spontaniczny rozwój wydarzeń i jazda w nieznane. Nie ma się jednak co czarować, ale znaczenie ma również aspekt finansowy całego przedsięwzięcia. Niezależnie bowiem, w jakiej walucie nie przeprowadzić obliczeń, wynik i tak bezwzględnie wykaże, że podróżując w ten sposób koszty transportu okazują się być dokładnie o 100% niższe niż w przypadku jakiejkolwiek innej opcji.

Tajowie jak dotąd podwożą nas bardzo chętnie, chociaż idei stopowania nie rozumieją zazwyczaj za grosz. Często zdarza się, że zatrzymują się na poboczu tylko po to, żeby zorientować się, czy przypadkiem nie zabrakło nam pieniędzy na autobus i proponują dorzucenie nam kilku bahtów* do biletu. Gdy jednak przyjmą już do wiadomości nasze zapewnienia, że nie potrzebujemy tego typu wsparcia, nasz sposób podróżowania wydaje im się na tyle egzotyczny i interesujący, że nie mają oporów, żeby zaprosić nas do auta i zaproponować podwiezienie.


Rekordem świata, była sytuacja, kiedy niczego nieświadomi zatrzymaliśmy nieoznakowaną taksówkę międzymiastową, jadącą gdzieś spod laotańskiej granicy do Bangkoku. Po kilku kilometrach jazdy niewprawieni w językach obcych kierowca i pasażerowie podali Haneczce telefon, a będący na drugim końcu linii pan wyjaśnił jej, że wbrew temu, co może nam się wydawać, to jest taksówka. Zapytał dokąd się udajemy, a koszt transpotru na interesującym nas dystansie wycenił na około 100zł. Zbił nas troche z tropu tą informacją, więc grzecznie poprosiliśmy, żeby wysadzono nas natychmiast, a my zapłacimy jedynie za nabite dotychczas kilometry. Nasze stanowisko zostało przekazane kierowcy, któremu nieoczekiwanie nasz pomysł na przemierzanie Tajlandii stopem spodobał się do tego stopnia, że podwiózł nas niemal 250 kilometrów rezygnując ze swojej doli. Ja się pytam - przejechał kto kiedy taksówką za darmo ćwierć tysiąca kilometrów?


Zdarza się nam także spotkać na swojej drodze jednostki, które w żaden sposób nie mogą pojąć, czemu mając rzekomo fundusze, nie korzysta się ze zorganizowanych środków komunikacji, tylko praży gdzieś na poboczu, czekając na transport. Kilkakrotnie skończyło się to na tym, że zaproponowano nam coś do jedzenia, albo wręcz żywą gotówkę. Oczywiście za każdym razem grzecznie odmawiamy i rozbawieni całą sytuacją wracamy do łapania stopa.

Od podobnych sytuacji nie łatwo nam się było wywinąć także podczas wizyty w Sukhothai, która w kwestii rozdawanych na prawo i lewo gratisów rozpieściła nas po prostu do tego stopnia, że z łatwością mogliśmy stracić poczucie przyzwoitości i brać wszystko jak popadnie. Na dzień dobry udało nam się zakwaterować w guesthouse'ie, w którym za marne 30zł za dobę oprócz własnego bungalowa mieliśmy do dyspozycji także basen. Korzystając z nadarzającej się okazji, nauczyłem się więc skakać na główkę i podszlifowałem nieco swoje nędzne umiejętności pływackie. Mogę się odtąd chwalić, że jestem w stanie przepłynąć żabką trzy długości basenu, co brzmi naprawdę imponująco, jeśli tylko pominąć drobny szczegół, odnośnie tego, że miał on może z 15 metrów.


Nazajutrz postanowiliśmy wybrać się do Starego Sukhothai, czyli ruin trzynastowiecznej stolicy Tajlandii, przedtem jednak udaliśmy się jeszcze do miejscowego szpitala. Haneczkę coś użarło w nogę kilka dni wcześniej i chcieliśmy upewnić się, że to nic poważnego. Atmosfera szpitala podziałała na nią niestety rozklejająco i do gabinetu doktora szła jak na ścięcie. Ten na szczęście uspokoił ją, mówiąc, że to zapewne tylko ślad po niegroźnym ugryzieniu skolopendry i niepozostając obojętnym na gorzkie łzy niewieście, machnął ręką na należną opłatę.

Gdy po pierwszych porannych przygodach dotarliśmy wreszcie na miejsce, okazało się, że w związku z urodzinami tajlandzkiej księżniczki wejście na teren kompleksu jest tego dnia bezpłatne. Nie chcąc zawracać głowy drzemiącym na swoich tuk-tukach kierowcom, wypożyczyliśmy więc rowery i pojeździliśmy kilka godzin podziwiając mijane co krok ruiny świątyń i imponujące posągi Buddy. W pewnym momencie, nie mogąc już znieść lejącego się z nieba żaru, zatrzymaliśmy się na colę, a sprzedająca ją pani, widząc jak męczy nas słońce podarowała Haneczce słomkowy kapelusz. Dokładnie taki, jaki handlarze za pieniądze sprzedają przed wejsciem do ruin. Jakby tych gratisów było mało, to po oddaniu rowerów wróciliśmy do siebie stopem.


Jak wiadomo z reklamy, najlepsze rzeczy są bezcenne, a za pozostałe zapłacisz kartą mastercard. Tajlandia, jak kraj długi i szeroki, oferuje przyjezdnym całą gamę interesujących sposobów na spędzenie czasu, a co za tym idzie, także na wydanie pieniędzy. Raz na jakiś czas trafi się jednak dzień taki, jak ten, kiedy ratującą spokój ducha konsultację lekarską, wejściowkę do niemal tysiącletnich ruin, chroniący przed morderczym słońcem kapelusz czy transport na dowolnym w zasadzie dystansie otrzymać można nawet jeśli w portfelu nie ma ani bahta.

__________
* Dla niezorientowanych dodam, że baht (czyt. bat), to waluta Tajlandii.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Losowy generator przygód

Pai, Mae Hong Son, Mae Sariang, Mae Sot, 24-31.03.2012

Klasycznym rozwiązaniem stosowanym przez znaczną część odwiedzających Tajlandię osób jest trasa północ-południe, zakładająca pobyt w Chiang Mai, następnie przedostanie się do Bangkoku, zaliczając po drodze ruiny dwóch dawnych stolic kraju, Sukhothai i Ayathuya'i, a potem udanie się dalej na południe, w kierunku położonych po obu stronach półwyspu Malajskiego wysepek. Tym sposobem, zgodnie z założeniem, w ciągu kilku tygodni można zobaczyć "Tajlandię w pigułce", zaliczając kameralną, górską północ, zwiedzając tętniącą życiem stolicę, a na koniec fundując sobie odpoczynek na którejś z rajskich plaż.

My natomiast mając czas i pozostałe okoliczności po swojej stronie, pigułkami nie jesteśmy zainteresowani i zamiast przemknąć przez Tajlandię, wolimy zapuścić się trochę w jej mniej uczęszczane rejony. W tym celu łamiemy powyższy schemat i zamiast przejechać przez kraj na narciarską kreskę, chcemy dojechać do Bangkoku trasą przypominającą literę "S". Najpierw przemierzymy więc północny-zachód, wzdłuż tajlandzko-birmańskiej granicy, potem przetniemy kraj z zachodu na wschód, następnie dotrzemy na położoną tuż przy Kambodży wyspę Ko Chang i dopiero, kiedy nacieszymy się już białym piaskiem, palącym słońcem i porośniętą palmami plażą, skierujemy się w stronę Bangkoku. A co z wyspami na południu? Nie mamy pojęcia, to dopiero za kilka tygodni... Nie ma konkretnego planu, ale jedno jest pewne. Całą tę drogę, w miarę możliwości, chcemy przebyć autostopem.


Ze stopowaniem jest jak z flakami. Ten kto mówi, że są be, prawdopodobnie w ogóle nigdy ich nie spróbował. My z Haneczką stopowy debiut mamy dawno za sobą i wiemy już, co dobre*, w związku z czym opuszczając Pai podjęliśmy jedyną słuszną decyzję i zamiast na dworzec, udaliśmy się na północną wylotówkę miasteczka. Przeciwskazań nie widzieliśmy żadnych, bo Tajlandia według dobrze poinformowanych źródeł uchodzi za kraj, w którym okazję łapie się szybko, łatwo i przyjemnie.


W przeciwieństwie do odwiedzonych w ostatnich miesiącach krajów, głównym środkiem komunikacji są tutaj nie rowery czy motocykle, lecz samochody, a konkretnie rzecz biorąc pick up’y. Mają one tę zasadniczą zaletę, że gdy już się takiego złapie, zamiast gnieść się w jego wnętrzu, ma się zazwyczaj do dyspozycji całą pakę, gdzie nie dość, że czuje się wiatr we włosach, to jeszcze można się komfortowo rozłożyć i całą drogę czytać książkę albo grać na ukulele. Czasem jednak, kiedy przestrzeń trzeba dzielić z innymi współpasażerami, nie jest już niestety tak wygodnie, ale nie ma co narzekać, bo przejazd obfituje wtedy w innego typu atrakcje.


Naszym ulubionym aspektem stopowania jest fakt, że stając na poboczu i opierając plecaki o drzewo, wyrzeka się jednocześnie sztywnego planu, a dalszy obrót spraw uzależnia się od planów kierowców, których uda nam się zwabić wyciągniętym kciukiem. Nasz wpływ na dalszą trasę ogranicza się wtedy, poprzez wybór konkretnej wylotówki, jedynie do określenia ogólnego kierunku. Reszta pozostaje w rękach losu i dopisującego nam niezmiennie szczęścia. Tym sposobem zamiast przemieszczać się pomiędzy klasycznymi punktami na turystycznej mapie, trafia się w miejsca anonimowe, pozwalające napatrzeć się do woli na prawdziwe, nie nastawione na wizyty zagranicznych gości, oblicze kraju.


Jak postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy. Przez pierwsze osiem dni udało nam się przejechać kawał kraju, na swojej drodze spotykając niemal wyłącznie obywateli Tajlandii** i zamieszkujących rejon Birmańczyków. Z tego okresu najmilej wspominać będziemy 150 kilometrów przejechanych wojskową ciężarówą, cztery dni spędzone w gospodarstwie agroturystycznym w okolicach Mae Sariang*** i kurs birmańskiej kuchni, na który wybraliśmy się w Mae Sot.


__________
* Haneczka tylko połowicznie, bo flaków nie lubi. Nie próbowała.

** Nie piszę "Tajów", bo pominąłbym w ten sposób członków żyjących tu plemion, takich jak chociażby Shan, Karen czy wspomnianych już wcześniej Lahu.

*** Trafiliśmy tam w związku z podwójnym zbiegiem okoliczności. Po pierwsze podworzący nas ludzie wysadzili nas na trasie w pobliżu Mae Sariang, a potem zagadnięty o drogę do miasta facet, nie chcąc przyznać się do niewiedzy, wskazał losowy kierunek, wyprowadzając nas (dosłownie) w pole. I całe szczęście, bo trafiliśmy dzięki temu w rewelacyjne miejsce, prowadzone przez dość ekscentryczną panią, która wieczory umilała nam swoimi, odtwarzanymi z taśmy, występami karaoke.