sobota, 14 stycznia 2012

Cao Đài

Gdzieś w drodze z Ben Tre do Rach Gia, 8-9.01.2012

Wyjeżdżając za granicę i eksplorując nieznane sobie dotychczas tereny, zwykle oczekujemy także doznań natury religijnej. Kilka wspaniałych dni spędzonych w podbukaresztańskim Monastyrze Cernica, niesamowita rozmowa z buddyjskim mnichem w leżącej w Himalajach wiosce Dharamkot, czy nawet brutalne pobudki fundowane w środku nocy przez wyjącego niemiłosiernie muezina w którejś z marokańskich mieścin. Niezależnie gdzie się nie wybrać, zawsze o tożsamości miejsca, w większym lub mniejszym stopniu, stanowią lokalne wierzenia, wyznający je ludzie i wplecione w tamtejszy krajobraz budowle sakralne.

Tak było przynajmniej w przypadku moich poprzednich podróży, bo Wietnam postanowił niestety się wyłamać i oszczędzić nam tego typu atrakcji. Robiąc rundkę po północy kraju nie widzieliśmy bodaj jednej świątyni na tyle interesującej, żeby móc z przyjemnością zawiesić na niej oko. Nie mówię, że ich tam w ogóle nie było. Pewnie i były, tyle że jakoś nie było nam z nimi po drodze. Na południu było podobnie, a jedyne co rzuciło nam się w oczy, to niespodziewanie liczne kościoły katolickie. W znakomitej większości nie grzeszyły one jednak urodą, a trafiały się nawet i takie, które ze względu na toporną bryłę i wyłożone błyszczącymi, biało-błękitnymi kafelkami fasady z powodzeniem mogłyby być wzięte za wywinięty na lewą stronę basen. Ogólnego wrażenia nie poprawił nawet przypadający na nasz pobyt w Mui Ne okres świąteczny. Pierwsze spędzone poza domem Boże Narodzenie pozbawione było charakterystycznej dla polskich Świąt atmosfery.

No cóż. Na tym polu, jak widać, Wietnam nie miał nam wiele do zaoferowania i nic nie wskazywało, że coś mogłoby się w tej kwestii zmienić. Wydarzenia ostatnich dni pokazały jednak, że nie oddał konkurencji walkowerem i to, co najlepsze zostawił na sam koniec naszego dwumiesięcznego pobytu.


Dojeżdżając już do Rach Gia uwagę Haneczki przykuła pewna kolorowa świątynia. Zaparkowaliśmy więc Przegrzebka przed bramą i poszliśmy przyjrzeć się jej z bliska. Okrążyliśmy ją ze dwa razy i zauważywszy kogoś wewnątrz, zagadnęliśmy o możliwość wejścia. Ubrany od stóp do głów w biel mężczyzna nie widział przeciwwskazań i zaprosił nas do środka, a gdy bogatsi o kilka efektownych zdjęć zbieraliśmy się już do odjazdu, zaprowadził nas do jednego z przyświątynnych budynków, by widokiem bladych przybyszów mogli nacieszyć się również pozostali rezydenci. Zwyczajowa wymiana uprzejmości oraz przedstawienie przy pomocy mapy przebytej trasy i planów na najbliższe dni nie wystarczyły jednak, żeby zaspokoić ich rozbudzoną ciekawość. Obcokrajowcy są tu rzadką atrakcją. Uznano więc, że skoro już się tam znaleźliśmy, to trzeba spróbować nas jakoś na dłużej zatrzymać, a użyta jako przynęta propozycja wspólnego obiadu załatwiła sprawę w stu procentach.


Będąc już w kuchni, podgryzając przyniesione nam owoce i przyglądając się przygotowaniu posiłku próbowaliśmy ustalić, czym właściwie jest miejsce, w którym się znajdujemy. Jakaś świątynia, to jasne, ale jakiego wyznania? W tej kwestii mieliśmy w głowach niezły mętlik, bo przypatrując się jej wcześniej, zauważyliśmy zarówno krwawe, uzbrojone w rzędy ostrych zębów hinduskie bóstwa, jak i taoistyczne symbole yin-yang oraz wszechobecne chińskie smoki. A gdyby tego jeszcze było mało, to z dachu od frontu na okolice spoglądała postać przypominająca uśmiechniętego od ucha do ucha brzuchatego Buddę. Co to może być? Wietnamski nigdy nie był naszą najmocniejszą stroną, czego nie przyjęto jednak do wiadomości i odpowiedzi na nurtujące nas pytanie udzielano wylącznie w tym języku, z dystansem podchodząc do naszych prób porozumienia się na migi czy za pośrednictwem notatnika. Nic to jednak, bowiem szansę na rozwianie wątpliwości dostrzegliśmy w kolejnym pomyśle gospodarzy, którzy zaproponowali, żebyśmy wzięli udział w zaplanowanej na 18:00 ceremonii, a potem, jeśli nie mamy innych planów, spędzili noc na "plebanii". Zjedliśmy więc, co było do zjedzenia i podekscytowani tym, co nas niebawem czeka poszliśmy przespacerować się po okolicy.

                           Matka Boska Wietnamska z Dzieciątkiem

Wróciliśmy niemal w samą porę, bo gdy weszliśmy do przepełnionej zapachem kadzidła świątyni, ceremonia dopiero się zaczynała. Zajęliśmy więc miejsca we właściwych dla swoich płci sektorach i wytężyliśmy zmysły, dokładając wszelkich starań, żeby z uroczystości, której nieoczekiwanie byliśmy świadkami, nie umknął nam żaden szczegół. Całość opierała się głównie na monotonnym, niemal transowym wspólnym śpiewie, któremu towarzyszyła melodia wygrywana na prostym, jednostrunowym instrumencie przez siedzącego koło mnie chłopaka. Śpiewając wszyscy zgromadzeni (poza nami, rzecz jasna) klęczeli, od czasu do czasu wykonując dłońmi gesty, będące zapewne odpowiednikiem "naszego" znaku krzyża i bijąc pokłony w kierunku ołtarza. Co ciekawe, nie było tam żadnego kapłana, ani osoby prowadzącej nabożeństwo. Jak potem wyczytaliśmy, brak jakichkolwiek pośredników w kontaktach z Bogiem jest jednym z założeń tej religii. Ceremonia od początku zrobiła na nas piorunujące wrażenie. Towarzysząca jej mistyczna atmosfera była tak gęsta, że wręcz namacalna i w obawie przed jej zaburzeniem, długo musiałem zbierać się na odwagę, żeby zdecydować się na zrobienie z partyzanta kilku zdjęć.



Po uroczystości wraz z częścią towarzystwa obejrzeliśmy jeszcze odcinek wietnamskiej telenoweli, która utwierdziła nas jedynie w przekonaniu, że typowy dla tego gatunku archetyp miłej, pięknej dziewczyny, nieakceptowanej przez rodzinę i otoczenie oraz posiadającej jednocześnie kilku adoratorów, spośród których jeden jest sympatycznym, prostym chłopakiem, a drugi to bezwzględny miejscowy watażka, jest absolutnie międzynarodowy. Po napisach końcowych wskazano nam nasze cele, których lokalizacja odpowiadała tej, którą znaliśmy już ze świątynii. Prawa strona budynku była przeznaczona dla mężczyzn, lewa - dla kobiet. Chwilę później ułożyliśmy się już do snu na twardych jak kamień łóżkach, długo jeszcze nie mogąc zasnąć od nadmiaru wrażeń.


W trakcie okupionego niejedną łzą naszych gospodyń pożegnania rozwiązaliśmy też zagadkę dotyczącą religii, której wyznawcy tak miło nas ugościli. Bystre oko Haneczki w jednym z elementów ozdabiających świątynię wychwyciło bowiem rozwiewające wszelkie wątpliwości słowa Cao Đài. Po szczegóły odsyłam do Wikipedii.

środa, 11 stycznia 2012

Na prawo most, na lewo most

Ben Tre, 3-6.01.2012

...a dołem Mekong płynie.

Delta Mekongu z powodu niewystarczająco rozbudowanej sieci mostów pozostawała do niadawna stosunkowo trudno dostępna dla podróżujących, którzy przy okazji wizyty w regionie w znakomitej większości ograniczali się jedynie do spędzenia kilku dni w My Tho. Chcąc dostać się w głąb delty było się bowiem zmuszonym do licznych przepraw promowych, stanowiących jedyną drogę na drugi brzeg mijanych po drodze odnóg rzeki i wydłużających podróż w nieskończoność. Ostatnimi laty wzięto się jednak z kopyta za poprawę tego stanu rzeczy, czego efekty widać w postaci wielu, niejednokrotnie bardzo imponujących, przecinających liczne rozgałęzienia Mekongu mostów. Korzystając z jednego z nich dotarliśmy w okolice Ben Tre.


Podróżując po Wietnamie już jakieś siedem tygodni wielokrotnie zdarzyło nam się zwrócić uwagę na dwie wielkie pasje jego mieszkańców, a mianowicie karambol i karaoke. Pierwsza z nich jest mało popularną odmianą bilarda, która jednak z jakichś przyczyn uznawana jest tutaj za sport narodowy. Polega ona w dużym skrócie na tym, żeby zagrać bilę rozgrywającą tak, aby uderzyła ona kolejno w pozostałe dwie znajdujące się na stole. Charakterystycznym widokiem, szczególnie dla południowej części kraju, są maleńkie kluby typu "dziura w ścianie", gdzie w ciasnych pomieszczeniach gromadzą się amatorzy tej gry i, co ciekawe, są to ludzie w dosłownie każdym wieku, od nastolatków po ledwo utrzymujących w rękach kij staruszków. Skalę zainteresowania dyscypliną znakomicie zobrazowała nam rozmowa z pewnym mieszkańcem Dalatu, który na nasze pytanie, czy grywa w karambola, odpowiedział, że jest przecież Wietnamczykiem.


Nie mogło być zatem inaczej i w naszym sąsiedztwie w Ben Tre również znajdowało się kilka miejsc, w których z powodzeniem można było rozegrać partyjkę lub dwie. Korzystając ze sposobności postanowiłem spróbować swoich sił, zwłaszcza, że w kontekście zbliżającego się wyjazdu do Kambodży mogła to być jedna z ostatnich okazji. Po kilku kwadransach samotnego oswajania się z grą i ustanowieniu własnego rekordu czterech poprawnych zagrań z rzędu, miałem nawet okazję stoczyć pojedynek z jednym z lokalsów. Nie potraktował mnie jednak wystarczająco poważnie i dał mi na początku zbyt duże fory, co przypłacił nieoczekiwaną klęską 19-30.


Dobra, karambol jest tu niezwykle popularny, ale to co ma miejsce w przypadku karaoke, to istne szaleństwo. Nie od dziś wiadomo, że śpiewać każdy może, ale Wietnamczycy potraktowali to hasło na tyle dosłownie, że klubów karaoke jest tu więcej niż sklepów spożywczych. Występują one w kilku różnych standardach, zaczynając od obskurnych, odpychających samym wyglądem bud, poprzez restauracje, gdzie upust swojemu talentowi można dać w przerwie między wódką a zakąską, a kończąc na upstrzonych neonami ekskluzywnych kilkupiętrowych lokalach, do których wstępu strzegą ochroniarze pod krawatem, pilnujący by każdy gość był wystrojony jak stróż w Boże Ciało. Jak kraj długi i szeroki nie uświadczy się tu pojedynczej miejscowości pozbawionej dostępu do tego typu rozrywki.


Nam jakoś do tej pory nie było z karaoke po drodze, ale w Ben Tre nie dość, że nadrobiliśmy zaległości, to jeszcze zrobiliśmy to w wielkim stylu! Króregoś leniwego popołudnia, bujając się wygodnie w hamakach, wabieni docierającymi do nas zewsząd dźwiękami, świadczącymi o tym, że kogoś w okolicy ewidentnie męczył talent, postanowiliśmy przyjrzeć się sprawie z bliska. Po krótkim spacerze zlokalizowaliśmy ich źródło. Okazała się nim niepozorna, zbita z desek i trzęsąca się w posadach od za bardzo podkręconego pokrętła volume buda, której przyglądaliśmy się chwilę zza płotu, próbując zebrać się na odwagę, żeby zrobić w jej kierunku pierwszy krok. Okazało się, że nie było to wcale potrzebne, bo gdy tylko zostaliśmy zauważeni przez kogoś z imprezującej wewnątrz ekipy, nasza inicjatywa okazała się zupełnie zbędna. Na dalszy rozwój wydarzeń nie trzeba było długo czekać i ani się obejrzeliśmy, a staliśmy już wewnątrz i z najbliższej odległości przysłuchiwaliśmy się jak pewien zabawny okularnik, zmotywowany naszą niespodziewaną obecnością, wspina się na wyżyny swoich woklanych możliwości. W nieustalony dotąd sposób w naszych dłoniach znalazły się też butelki zimnego jak marzenie piwa marki Saigon Export, co muszę przyznać bardzo nam spasowało. Towarzystwo miało już trochę w czubie, więc ktoś uznał zapewne, że potrzebujemy małej pomocy, żeby zacząć nadawać na wspólnych falach. Efekt został osiągnięty i chwilę później, objadając się dla odmiany zaserwowanym nam mango i arbuzem, musieliśmy studzić zapały naszych nowych znajomych, którzy zabrali się za, będące zazwyczaj stałym punktem programu, swatanie. Po jakiejś godzinie spędzonej wspólnie na śpiewie, tańcu, kulawych konwersacjach i opróżnianiu kolejnych Saigonów, opadła już nieco z sił karaokowa ekipa zarządziła odwrót i udała się na drzemkę, kończąc tym samym imprezę.


Na koniec wspomnę jeszcze, że udało nam się w końcu rozwikłać zagadkę długich paznokci. Rozwiązanie podsunął nam Yvan, francuski Kanadyjczyk, który miał okazję rozmawiać wcześniej na ten temat z jakimś Wietnamczykiem. Okazało się bowiem, że zgodnie z haneczkowymi przypuszczeniami, noszenie przez mężczyzn długich paznokci ma służyć podkreśleniu faktu, że nie muszą oni pracować fizycznie, co w ich mniemaniu ma doprowadzić do podniesienia ich statusu społecznego. Brzmi to dość dziwnie, ale zaczyna mieć ręce i nogi, gdy przypomnimy sobie, że u nas z podobnych przyczyn unikano przez wieki kojarzącej się z pracą w polu opalenizny.

wtorek, 10 stycznia 2012

Nazwa zobowiązuje

Mui Ne, Sajgon, Ben Tre, 2-3.01.2012

Po dziesięciu dniach błogiego opiernicznia się przyszedł w końcu czas na odrobinę wysiłku. Niechętnie bo niechętnie, spakowaliśmy bagaże i odzwyczajeni już nieco od współpracy z Przegrzebkiem opuściliśmy Mui Ne, kierując się na zachód w stronę miasta znanego niegdyś jako Sajgon. Od noszącego aktualnie oficjalną nazwę Miasta Ho Chi Minha dzieliło nas jakieś 200 km, mieliśmy więc prawo zakładać, że przy odrobinie szczęścia uda nam się jeszcze tego samego dnia ułożyć się do snu w którymś z tamtejszych hoteli.


Okolice Mui Ne, zarówno teraz, jak i wtedy gdy tu dopiero przyjeżdżaliśmy zrobiły na nas piorunujące wrażenie. Na tamtejszy krajobraz składają się bowiem widoki z gatunku tych, które chętnie umieszcza się na sławiących lokalną przyrodę pocztówkach. W tym przypadku jest nawet o tyle łatwiej, że powstawać one mogą bez najmniejszej potrzeby wspomagania się fotoshopem i do oddania niebywałego piękna wystarczy najprostszy aparat, czego znakomity dowód stanowią zamieszczone poniżej zdjęcia.



Żeby jednak nie było tak kolorowo, to sielanka skończyła się mniej więcej w momencie, gdy minęliśmy ustawiony na poboczu znak z napisem "TP HCM 70km". Czar prysł. Nie dość, że od tego miejsca do samego Sajgonu otaczała nas już wyłącznie obskurna miejska zabudowa, to dodatkowo jechaliśmy w gęstym potoku pojazdów, od czasu do czasu stojąc nawet w korkach. I tak bite 70 kilometrów. Niby napomknęli coś w przewodniku, że wraz z rozwojem Sajgonu, jego przedmieścia rozrosły się do granic absurdu, jednak rzeczywista skala zjawiska konkretnie nas przytłoczyła.


Nie dość, że kolejne kilometry pokonywaliśmy bardzo powoli, to jeszcze proporcjonalnie do spadku naszego tempa wzrastała ilość patrolujących ulice lub stojąch na poboczu i przeprowadzających wyrywkowe kontrole policjantów. Matrwiło nas to z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze wietnamscy stróże prawa cieszą się złą sławą ze względu na leżące w ich naturze, a częściowo także w kompetencjach, oskubywanie obcokrajowców. Stosując zasadę "dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie" wymuszają więc na bezbronnych turystach tłuste łapówki. Za pretekst do wlepienia mandatu bez pokwitowania służyć może dosłownie wszystko, bo jeśli nawet tak się akurat składa, że zatrzymany jechał zgodnie z przepisami, to nic nie szkodzi i w takiej sytuacji zawsze można mu wytknąć dosłownie cokolwiek, na przykład rzekome nadużycie klaksonu. Kolejną kwestią jest to, że w naszym przypadku nie musieliby się nawet specjalnie gimnastykować, bo mieliby przed sobą dwoje Polaków, którzy nie dość, że przemierzają Wietnam na motorze, na który nie mają papierów, to jeszcze nie upoważnionych do prowadzenia jakichkolwiek pojazdów mechanicznych.


Gdy ostatecznie trafiliśmy do centrum miasta było już dobrze po zmroku, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że Ho Chi Minh to nie miejsce dla nas. Nie pozostając na nie obojętni, z samego rana ruszyliśmy w kierunku leżącego w Delcie Mekongu My Tho. Po początkowych trudnościach w opuszczeniu miasta wszystko poszło już na szczęście jak z płatka, co utwierdziło nas tylko w przekonaniu, że dobrze zrobiliśmy odpuszczając sobie dłuższy pobyt w Sajgonie. Gdy dotarliśmy na miejsce zaczepił nas bardzo sympatyczny facet, który zaproponował nam pobyt w znajdującym się na obrzeżach pobliskiego Ben Tre, zarządzanym przez jego siostrę gospodarstwie agroturystycznym. Prowadzeni przez niego dojechaliśmy w kilka minut na miejsce i rozkoszując się z powrotem urodą wietnamskiej prowincji mogliśmy zacząć powoli wymazywać z pamięci mało atrakcyjny epizod związany z wizytą w mieście, którego poprzednia nazwa jak widać zobowiązuje.

Plaża, palmy, drinki z parasolkami, szampan i takie tam

Mui Ne, 23.12.2011-1.01.2012








sobota, 7 stycznia 2012

Coraz bliżej Święta

Dalat, 19-22.12.2011

Po pierwszych nieśmiałych próbach oswojenia się z upałami zrobiliśmy nieoczekiwany krok w tył udając się do noszącego przydomek "Miasta Wiecznej Wiosny" Dalatu. To popularne górskie uzdrowisko i miejscowość wypoczynkowa stanowi znakomitą odskocznię od panującego w południowym Wietnamie klimatu. Jednak to nie wszystko, co wyróżnia Dalat na tle sąsiednich prowincji, czyniąc z jego okolic swego rodzaju enklawę. W przeciwieństwie bowiem do wszechobecnych w reszcie kraju tarasów i pól ryżowych tutaj dla odmiany całe hektary stanowią uprawy truskawek i plantacje kwiatów, a porastające góry sosny i kojarzący się ze śródziemnomorskim krajobraz sprawiają, że uzasadnione wydawać się mogą nasze początkowe obawy, że jadąc tu jakimś cudem nieświadomie przekroczyliśmy granicę wietnamsko-chorwacką*.


Samo miasto też mocno różni się od tych, które odwiedziliśmy dotąd na swojej drodze i sprawia wrażenie raczej europejskiego niż azjatyckiego. Zawdzięcza to zapewne swoim sięgającym początków XX w. korzeniom, kiedy zostało założone przez francuskich kolonizatorów, którzy w przeciwieństwie do rdzennych mieszkanców nie pozostali obojętni na niezwykłą urodę, przyjemny, umiarkowany klimat oraz żyzność tutejszych ziem. Nas również miasto oczarowało w stopniu wystarczającym, żeby na odkrywanie jego uroków poświęcić trzy pełne dni.


Na pierwszy ogień poszła nieudana próba zakwestionowania obiegowej opinii na temat przepełniającej miasto kiczowatej estetyki, czyniącej zeń ulubiony cel podróży poślubnych Wietnamczyków. Nie jest ona wprawdzie widoczna na pierwszy rzut oka, wystarczy jednak wyrwać się poza centrum i odwiedzić Ogród Kwiatów lub (jeszcze lepiej) Vallee d'Amour - Dolinę Miłości, żeby przekonać się, że coś jednak jest na rzeczy. Takiego natężenia plastikowych wrażeń można oczekiwać jeszcze co najwyżej w przypadku wizyty w Disneylandzie. Spacerując po dolinie trzeba wręcz wyrobić sobie nawyk patrzenia pod nogi, żeby przypadkiem nie potknąć się o jakieś zbłąkane, przebite strzałą Amora serduszko. Obserwując otoczenie można odnieść też mylne wrażenie, że Ziemię zamieszkują głównie jedzące sobie z dzióbków gołąbki i łączące się w pary łabądki, które swoimi splecionymi szyjami mają zwyczaj tworzyć kształt (a jakże!) serca. Całokształtu fauny dopełniają natomiast m.in. żyjące w niezmąconej harmonii jelonki, zeberki i uśmiechnięte, niezainteresowanie bynajmniej polowaniami tygryski. 100% cukru w cukrze, jednym słowem.


Po tak konkretnym zanurzeniu się w bajkowych realiach mieliśmy wciąż ochotę na więcej, więc na dokładkę postanowiliśmy złożyć wizytę w Hang Nga's Crazy House, gdzie już totalnie odlecieliśmy. Jest to, zgodnie z nazwą, urzeczywistnienie surrealistycznych snów Hang Nga, szalonej architekt, która projektując swoje dzieło w pełni świadomie zrezygnowała ze skorzystania z większości obowiązujących w branży standardów, z prawami fizyki włącznie. Nie uświadczy się tu więc kątów prostych, łatwo definiowalnych, możliwych do policzenia pięter czy oczywistych dowodów użycia pionu murarskiego, za to dzięki liczonym w tysiącach przejawom niesamowitej wyobraźni autorki można się poczuć jak na planie ostatniej sceny "Labiryntu" z Davidem Bowie czy któregoś z filmów Tima Burtona. Ci, którzy nie wiedzą co zrobić z pieniędzmi mogą nawet spędzić noc w jednym z kilku udostępnionych gościom pokojów, my jednak dając dojść do głosu stopniowo narastającemu w nas głodowi wiedzieliśmy, że to co mamy w portfelu przepuścimy zupełnie gdzie indziej.


W poszukiwaniu właściwego lokalu zapuściliśmy się w nieznane nam dotąd rejony miasta, co doprowadziło nas w kolejne warte zapamiętania miejsce. Trafiliśmy do jadłodajni, którą przez wzgląd na jedyne znajdujące się w menu danie ochrzciliśmy mianem Sajgonerii. Tym co nas zachwyciło nie były jednak same sajgonki, z którymi od pewnego czasu mamy w końcu regularnie do czynienia, ale sposób ich zaserwowania. Otóż gwóźdź programu polegał na tym, że za śmieszne 5zł/os. dostawało się tam talerz jakiegoś bliżej nie zidentyfikowanego mięsa, górę zieleniny i pokrojonych w paski warzyw, miseczkę z sosem oraz pokaźny plik papieru ryżowego, które potem we własnym zakresie należało złożyć w zgrabną całość. Gdy tylko wszystkie składniki wylądowały na naszym stole, podjęliśmy pierwsze nieudolne próby sklecenia czegoś, co przy odrobinie dobrej woli ktoś mógłby pomylić z sajgonką. Nie udało się, więc przy kolejnych podejściach staraliśmy się skorzystać z doświadczenia siedzących w zasięgu wzroku lokalsów, którym przypatrywaliśmy się uważnie, gdy z pod ich palców raz po raz wychodziły idealnie kształtne egzemplarze tradycyjnego wietnamskiego smakołyku.


Mimo wielkich starań nasze sajgonki wciąż uparcie przypominały raczej pierogi giganty. Smakowały jednak znacznie lepiej niż wyglądały, więc nieprzyzwoicie wprost najedzeni dotoczyliśmy się resztkami sił do hotelu, gdzie czekała nas jeszcze długa wieczorna debata na temat tego gdzie i jak spędzimy zbliżające się wielkimi krokami Święta.

__________
* Pierwsze zdjęcie poniżej zrobione było jeszcze po "wietnamskiej stronie granicy".