wtorek, 18 października 2016

Ahoj, szczury lądowe!

Bangsal (Lombok) - Sumbawa - P.N. Komodo, 08-11.10.2016

Jak już wspomniałem poprzednio, dosyć rozczarowujący pobyt na Gili Meno postanowiliśmy zrekompensować sobie wypływając w rejs po wodach mórz Balijskiego i Flores. Perspektywa spędzenia na statku czterech dni wydała nam się na tyle ekscytująca, że nie zadając zbędnych pytań zapłaciliśmy wynegocjowaną sumę, podpisaliśmy się gdzie trzeba i zabraliśmy się za wczuwanie w role wilków morskich.


Ku naszemu zdziwieniu w praniu wyszło, że od wilków morskich różni nas jednak coś więcej niż brak tatuaży z kotwicą na jednym ramieniu i półnagiej kobitki na drugim. Kluczowa różnica tkwiła bowiem w tym, jak znieśliśmy sztorm, który rozpętał się ledwie opuściliśmy port i wypłynęliśmy na pełne morze. Bujało przeokrutnie, a gdy już się nazajutrz uspokoiło, któryś z chłopaków ze sponiewieranej całonocną walką z żywiołem załogi przyznał, że dawno już w takich warunkach nie płynął. Zanim to jednak nastąpiło tata spędził trochę czasu przechylony w pół przez burtę, rzygając jak kot po rabarbarze, a ja nie mogąc już patrzeć na falujący horyzont zaszyłem się w naszej kajucie. Z niespokojnego snu wyrwał mnie w środku nocy duszący smród spalin. Błyskawiczne dochodzenie wykazało, że miał on swoje źródło w znajdującym się tuż pod dziurawą podłogą silniku napędzającym łódź, więc nie pozostawało nam nic, jak tylko do tego przywyknąć. Ale co ja się będę na ten temat rozwodził, szczury lądowe i tak nie zrozumio.


Spieprzalibyśmy stamtąd w podskokach, gdyby nie to, że każdy kolejny dzień okazywał się lepszy od poprzedniego i całkowicie rekompensował nam wszelkie niedogodności. Codziennie, nie chcąc dłużej zażywać wysokooktanowych inhalacji, budziłem się dobrze przed świtem i wdrapywałem się na dach łodzi, gdzie byczyłem się podziwiając wschody słońca, przewijający się za prawą burtą surowy krajobraz Sumbawy, a kończąc na płonących wszystkimi odcieniami szkarłatu zachodach. W zasadzie, to nie schodził bym stamtąd wcale, ale tu na przeszkodzie stawał nasz kapitan, który gdy tylko miał w zasięgu wzroku jakąś wartą uwagi rafę koralową albo efektowną plażę natychmiast zarządzał przerwę na snorkling. Tym sposobem mieliśmy okazję popływać na kilku pięknych rafach za towarzystwo mając między innymi manty, płaszczki, kałamarnice i żółwie, a także całą masę ryb wszelkich kształtów i kolorów.




Czas mijał nam beztrosko i ani się obejrzeliśmy, a przyszła pora na finałowy akcent całego rejsu, czyli wizytę w Parku Narodowym Komodo. W poprzedzający ją wieczór zebraliśmy się wszyscy na pokładzie by dowiedzieć się, że z waranami będącymi główną atrakcją parku nie ma żartów i że całkiem niedawno na jednej z wysp zabłądził pewien francuski turysta i swój błąd przypłacił tym, że nazajutrz zostały z niego już tylko okulary.



Kapitan wykorzystał też tę okazję do wbicia szpili grupce Niemców, których sposób bycia wyraźnie wskazywał na to, że za bardzo wzięli sobie do serca słowa Nietschego o übermenschach i wyższości białej rasy. Zasugerował, że w trakcie czekających nas trekkingów pozostali powinni się ich trzymać, gdyż jeden z nich miał na nogach paskudne, wciąż nie zagojone rany po jakimś niedawnym wypadku i gdyby przypadkiem miało dojść do konfrontacji, z pewnością to właśnie on będzie pierwszym wyborem posiadających wyjątkowo czuły węch smoków. Naszym zachodnim sąsiadom miny natychmiast zrzedły, a stan ten pogłębił się jeszcze, gdy nazajutrz mieliśmy okazję spotkać na naszej trasie całe dziesiątki tych olbrzymich stworzeń. A muszę tu zaznaczyć, że to naprawdę imponujące skurczybyki, w niczym nie ustępujące naszym wcześniejszym wyobrażeniom. Z resztą wystarczy spojrzeć.





piątek, 14 października 2016

Gdzie jest Meno?

Gili Meno, Bangsal (Lombok), 06-08.10.2016

Chcąc odpocząć od jazdy na motorze i wymoczyć trochę tyłki w ciepłych wodach Pacyfiku postanowiliśmy spędzić kilka dni na Gili Meno, mikroskopijnej wysepce położonej przy północno-zachodnim wybrzeżu wyspy Lombok*. Mieliśmy zamiar byczyć się całymi dniami na żywcem wyjętych z katalogów agencji turystycznych plażach i przy okazji posnorklować po cieszących się bardzo dobrymi opiniami pobliskich rafach koralowych.



Mimo obiecującego początku, plany ostatecznie pokrzyżowała nam jednak pogoda, gdyż wstrzeliliśmy się pechowo w niezbyt tutaj częste pasmo deszczowych dni. Leżenie na plaży nie wchodziło więc w grę, a mająca być lekiem na całe zło wycieczka na rafy z powodu mętnej po opadach wody okazała co najwyżej średnio ekscytująca. Nie udało nam się wprawdzie znaleźć Nemo i w ogóle z rybkami była raczej bieda, za to popływaliśmy sobie w towarzystwie olbrzymich żółwi, więc nie ma co narzekać. Ale generalnie to by było na tyle z atrakcji.


W poszukiwaniu bardziej sprzyjającej aury, po wnikliwym przestudiowaniu prognozy dla okolicznych wysp, rankiem 8. października popłynęliśmy do Bangsal, portowego miasta na pobliskim Lombok, gdzie po iście epickich targach zaokrętowaliśmy się na pokład łodzi wypływającej w czterodniowy rejs na Flores.

----------
* Meno jest jedną z trzech wysepek wchodzących w skład mikro-archipelagu Gili, co w lokalnym języku oznacza po prostu wyspy. Żeby było śmiesznie, to w anglojęzycznej literaturze jest on często określany jako "Gili Islands", czyli tłumacząc dosłownie "Wyspy Wyspy". A żeby było jeszcze zabawniej, to na jakiejś polskiej stronie internetowej spotkałem się kiedyś z obłędnym wręcz określeniem "Wyspy Gili Islands". Kto sprytny, ten sobie to sam przetłumaczy.

środa, 12 października 2016

Cymbalistów było wielu

Ubud i okolice, 03-05.10.2016

Kiedy już nacieszyliśmy się małpim towarzystwem i napatrzyliśmy się na gwarne uliczki Ubud, przyszedł czas, żeby zacząć wreszcie korzystać z naszych (z bólem wystanych w urzędowych kolejkach) międzynarodowych praw jazdy. Od pani zawiadującej hotelem, w którym się zatrzymaliśmy wypożyczyliśmy więc dwie zgrabne hondy i ruszyliśmy na podbój balijskich szos.

Mimo, że samo Ubud jest naprawdę w porządku, to dopiero gdy je opuściliśmy odnieśliśmy wrażenie, że zaczęła się wreszcie prawdziwa akcja. Wiecie doskonale, co mam na myśli. Wiatr we włosach, wąska wstęga drogi przed nami i jazda w nieznane! Ani się człowiek obejrzał, a już gnał po wsiach na złamanie karku z przyprawiającymi o szybsze bicie serca 35km/h na liczniku. Szaleństwo, przygoda.


Ledwo opuściliśmy miasto i skręciliśmy z głównej, wiodącej ma północ trasy w którąś z bocznych dróg otoczeni zostaliśmy przez pocztówkowe krajobrazy pól i tarasów ryżowych oraz krzątających się po nich rolników w charakterystycznych słomkowych kapeluszach. Przy okazji ruch zmalał na tyle, że w spokoju, bez zbędnego ciśnienia mogliśmy powoli przywyknąć do ruchu lewostronnego i zwyczajów panujących na tutejszych drogach. Z perspektywy trzech dni spędzonych za kierownicą i przejechanych ponad 400 kilometrów muszę z radością przyznać, że naprawdę odpowiada mi balijski styl jazdy. Szybko, sprawnie, bez zbędnego kombinowania, ale jednocześnie kulturalnie i z poszanowaniem kierowców pozostałych pojazdów. Gdzie się da tam cię przepuszczą, zostawią w sam raz tyle miejsca ile potrzeba, żeby bezboleśnie włączyć się do ruchu i nie strąbią, kiedy coś pójdzie ci niewystarczająco płynnie albo przez nieuwagę wjedziesz gdzieś pod prąd. Jako ciekawostkę wspomnę jeszcze o powszechnym używaniu klaksonu niemal wyłącznie do sygnalizacji swojej obecności lub chęci wyprzedzania, a nie jak u nas jako dodatek do soczystej wiązanki na temat tego, co trąbiący sądzi o twojej mamie. Da się? Da się.


Tym sposobem w ciągu trzech dni, wyciskając z motorów siódme poty przejechaliśmy wzdłuż i wszerz północ i centralny rejon wyspy, zahaczając przy okazji o podnóża dwóch wulkanów, kilka efektownych świątyń, rybackie osady, a także zasnute mglą, pokryte plantacjami truskawek i kawy kopi luwak góry oraz całą masę niezwykle malowniczych wiosek. Co i rusz trafialiśmy przy okazji na uroczyste obchody jakichś lokalnych świąt, których uczestnikom najwyraźniej schlebiało nasze zainteresowanie, więc uśmiechali się do nas serdecznie i nie kręcili nosami na skierowany w ich stronę obiektyw aparatu.





Prawdziwą wisienką na torcie była natomiast sytuacja, która spotkała nas, gdy pewnego dnia zawiodło nas poczucie czasu przez co zmuszeni byliśmy wracać do Ubud już dobrze po zmroku. Jadąc po ciemku przez którąś z okolicznych miejscowości, po lewej stronie drogi zauważyliśmy zadaszoną scenę, na której własnie odbywała się próba szkolnej orkiestry i zespołu tanecznego. Zaparkowaliśmy więc przy pobliskim sklepie, gdzie zaopatrzyliśmy się w wodę i lody, by chwilę później na dobre półtorej godziny rozgościć się pośród rodziców przyglądających się występowi swoich pociech.

Cały, pewnie z pięćdziesięcioosobowy zespół złożony był w głównej mierze z cymbalistów uderzających zgrabnymi metalowymi młoteczkami w płytki swoich kunsztownych instrumentów. Ponadto towarzyszyła im sekcja smyczkowa, kilku flecistów oraz siedzący z tyłu chłopcy wybijający rytm na olbrzymich gongach. Nad poprawnym brzmieniem całości czuwał siedzący w pierwszym rzędzie i grający na bębnie pan o stereotypowej aparycji starego mistrza z filmów karate. Czasem, gdy wymagała tego sytuacja rzucał tu i owdzie karcące spojrzenie, a gdy miał już pewność, że w grze jego podopiecznych zapanowała znów wzorowa harmonia, kiwał głową z aprobatą. Autor wybrzmiałej przed kilkoma chwilami fałszywej nuty ocierał wtedy pot z czoła i mógł wreszcie odetchnąć z wyraźną ulgą. Porządek musi być, zwłaszcza że jak powiedział nam kierownik zespołu, była to próba przed mającym się odbyć w ramach listopadowego festiwalu kultury balijskiej konkursem tego typu zespołów, nie ma więc miejsca na najdrobniejsze nawet niedociągnięcia.


Natomiast tego, co wyprawiało w tym czasie pięć tancereczek opisać się nie da. To trzeba po prostu zobaczyć. Jak internety mi pozwolą, to postaram się zamieścić tu krótki filmik pokazujący ich występ.