piątek, 9 grudnia 2016

Otwierać Shanpana!

Taunggyi, 29.11.2016

Wspomniałem poprzednio o tym, jak mało odkrytym przez turystykę krajem jest w dalszym ciągu Birma. Minusów tego stanu rzeczy jest kilka, między innymi to, że zarówno przewodniki, jak i inne łatwo dostępne źródła wałkują w kółko kilkanaście wartych uwagi atrakcji, nie pozostawiając wielkiego pola manewru zdającym się na nie turystom.

Ironia polega na tym, że dokładnie to samo należy jednocześnie uznać za główną, niezaprzeczalną zaletę całej sytuacji, bo jeśli jakimś cudem uda się dowiedzieć o jakimś nie uwzględnionym w przewodniku, a jednak interesującym miejscu czy wydarzeniu, to prawdopodobnie będzie się je miało niemal na wyłączność. Czyli dokładnie tak, jak wyglądało to w Taunggyi, stolicy stanu Shan, gdzie (dzięki informacji otrzymanej dzień wcześniej pocztą pantoflową) mieliśmy przyjemność uczestniczyć w świętowaniu Shańskiego Nowego Roku 2111.

Cała nasza wiedza na temat obchodów ograniczała się w zasadzie do tego, że są. Gdy po godzinnej jeździe górskimi serpentynami wysiedliśmy w końcu na jednej z bocznych uliczek miasta, nic jeszcze nie zapowiadało splendoru jakiego mieliśmy niebawem być świadkami. Kompletnie nie spodziewaliśmy się, że po krótkim spacerze dotrzemy w końcu do jednej z głównych arterii miasta, którą szerokim strumieniem płynąć będą całe rzesze świętujących.





Dołączyliśmy do tego barwnego potoku przyglądając się z najbliższej odległości formie, w jakiej celebrują nadejście nowego roku. Każda z przybyłych grup* dołożyła najwyraźniej wszelkich starań, by wyróżnić się na tle pozostałych i oprócz niezwykle efektownych, barwnych strojów podziwiać mogliśmy również ciekawe oprawy towarzyszące przejściu każdej z ekip. Nam szczególnie przypadły do gustu skrzekliwe tak zwane tańce jeleni (filmik poniżej) oraz nawiązania do Kinnara i Kinnari, pół-ludzi pół-ptaków z buddyjskiej mitologii mających być gwarantami pomyślności w nowym roku.



Pochód był naprawdę niesamowity, ale najlepsze było i tak jeszcze przed nami. Zwieńczeniem wieczoru miało być bowiem puszczanie olbrzymich lampionów i jeszcze zanim zaszło słońce zdążyliśmy załapać się na kilka podejść do ich odpalenia. Jedne kończyły się sukcesem i lampiony ku uciesze tłumu leciały daleko za horyzont, bywało jednak również tak, że niesprzyjający powiew wiatru krzyżował szyki i lampiony kończyły swoją karierę trawione płomieniami.






Te nieudane próby szczególnie mocno wryły nam się w pamięć w kontekście tego, co działo się po zmierzchu, gdy do jeszcze większych lampionów tuż przed startem doczepiano dodatkowo imponujących rozmiarów zestaw fajerwerków. W założeniu miały one eksplodować kilkadziesiąt sekund po oderwaniu się od ziemi, gdy lampion będzie wystarczająco wysoko i nikt nie będzie już w polu ich rażenia. Łatwo było sobie jednak wyobrazić sytuację, kiedy coś poszłoby nie tak i fajerwerki odpalą tuż po starcie, np. za sprawą kapiących na nie od początku płomieni. Takie scenariusze najwyraźniej nie zaprzątały głowy organizatorom i uczestnikom obchodów noworocznych, bo cały teren chronił jeden wóz strażacki, a wokół odpalanych lampionów nie było żadnych ogrodzeń. W trakcie całego procesu można było więc swobodnie do nich podchodzić, co też ochoczo wykorzystywano do strzelania sobie selfie z najbliższej odległości. "Safety first" zostało więc wyparte z listy tutejszych priorytetów przez "selfie first", więc nie chcąc być na bakier z lokalnymi standardami również i my machnęliśmy sobie jedno na pamiątkę.

Najwyższy czas otwierać Shanpana! Szczęśliwego Nowego 2111!





__________
* W obchodach oprócz lokalnych shańskich społeczności, swoje reprezentacje mieli także Shanowie zamieszkujący Tajlandię, Laos, Chiny, Wietnam czy Indie. Na brak ponadlokalnego kolorytu nie mogliśmy zatem narzekać.

niedziela, 4 grudnia 2016

Jezioro Inle niż wszystkie

Nyaung Shwe, 27.11-01.12.2016

Drugim etapem "grubej kreski" było opuszczenie kolejnego po Bangkoku wielomilionowego miasta na rzecz miejsca, gdzie mogliśmy w końcu zapomnieć o tłoku, hałasie i brudzie i wreszcie do woli nacieszyć się naturą. Jaki by Yangon fajny nie był i jakby mchem i paprocią nie zarósł, to i tak parku krajobrazowego udawać nie może i zawsze będzie w naszych oczach po prostu kolejnym megamiastem. Na dłuższą metę zdecydowanie wolimy takie miejsca jak chociażby położone nad jeziorem Inle miasteczko Nyaung Shwe.

Otoczony górami rejon słynie przede wszystkim z kulturowej mozaiki tworzonej przez zamieszkujące go grupy etniczne, których jest tu zatrzęsienie. Różnic między nimi doszukiwać się można krążąc po tutejszych ulicach, odwiedzając rynek albo wpadając gdzieś na obiad czy herbatę. W głównej mierze dotyczą one odrębnych zwyczajów i stylu życia charakterystycznego dla każdej z grup i żeby się w nich rozeznać należałoby tu spędzić zapewne długie miesiące. Za to podobnym nam niewprawnym obserwatorom, którzy wpadają tu na ledwie kilka dni pozostaje po prostu uważne przyglądanie się i podziwianie różnorodności i urody mieszkańców stanu Shan.




Urodzie ludzi dorównuje na szczęście również urok Nyaung Shwe. Oprócz widoków takich jak powyżej oczarowało nas będącymi na wyciągnięcie ręki pięknymi wiejskimi krajobrazami, pagodami i masą przesympatycznych knajpek, które zawsze czekały w pogotowiu, gdyby akurat zamarzyły nam się tutejsze specjały, czyli shańskie kluski i podobna do indyjskiej herbata z mlekiem.




Główną polecaną przez przewodniki i entuzjastycznie opisywaną przez spotkanych turystów atrakcją był całodniowy rejs po jeziorze Inle. Przebił on nasze najśmielsze oczekiwania i zapewnił nam nadspodziewanie dużo wrażeń, a jednocześnie przyniósł pewne niepokojące spostrzeżenie. Zewsząd słychać głosy, że mamy aktualnie znakomity czas na odwiedzenie Birmy. Kraj dopiero co otworzył się na gości z zagranicy, ale lokalsi mający z nimi kontakt nie zdążyli jeszcze zatracić swojej naturalności i nie zaczęli gremialnie odstawiać szopek pod turystów. To się jednak zmienia, czego wyraźne syptomy dostrzegliśmy odwiedzając znajdujące się na terenie jeziora pływające wioski.




Wszędzie, od Wietnamu po Maroko, standardowym przystankiem w takich sytuacjach jest wizyta u jakiegoś rzemieślnika, gdzie po przyjrzeniu się procesowi produkcji odwiedzających czeka jeszcze obowiązkowa wizyta w sklepie. My trafiliśmy do przędzalni, która była wprawdzie bardzo fotogeniczna, ale nie pozostawiała złudzeń co do tego, że jest miejscem sztucznym, zaaranżowanym wyłącznie pod takie wizyty jak nasza. Nie dało się oprzeć wrażeniu, że za kilka chwil, gdy tylko nasza łódź zniknie za pierwszym zakrętem, pracujące tam panie przestaną udawać, że przędą i zabiorą się za rozpakowywanie przesyłek z Chin czy Bangladeszu i odcinanie metek od przysłanych tkanin. Wrażenie pogłębiał dodatkowo fakt, że część z nich była tzw. długoszyjimi z plemienia Karen (które tak na marginesie nie zamieszkuje nawet w tej okolicy), mającymi być jedynie magnesem na spragnionych egzotyki turystów. Jednym słowem cyrk.


W zasadzie to samo można powiedzieć o tutejszych rybakach, których wygięte w akrobatycznych pozach sylwetki ozdabiają okładki przewodników po Birmie.

Nie chcąc jednak pozostawić mylnego wrażenia chciałbym podkreślić, że powyższe spostrzeżenia to jedynie ułamek tego, co spotyka nas w Birmie. Jak dotychczas nie mamy najmniejszych podstaw, żeby narzekać na brak autentycznych, nie skrojonych na turystyczną miarę doświadczeń. Takich jak chociażby to, o którym dla przeciwwagi będzie traktował następny wpis.